piątek, 21 grudnia 2012

koniec, który się nie zdarza


W nocy jednak myślałem, na przekór racjonalnej refleksji, która zakłada że żadna katastrofa globalna nie przychodzi nagle, bez zapowiedzi  (kościelnej zwłaszcza), zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy zdajemy się przestrzeń fizykalną rozumieć lepiej niż kiedykolwiek, że jednak coś się powinno wydarzyć. Dla zwykłej przyzwoitości chociażby. Elementarnej. Tyle razy już nic się nie stało. Czekaliśmy, wypatrując znaków na niebie i ziemi. I w księgach, co są jak jedno i drugie. I nic. Żadnej satysfakcji. I can’t get no satisfacion. Żadnego nowego początku, mitu założycielskiego. Trzeba jednak znów wstać do roboty. Odśnieżyć samochód. Użerać się w kolejce do kasy. Użerać się z lewakami. I deprawakami. Znowu umknął nam sens. Znowu utraciliśmy „trochę” pewności, paradoksalnie, bo przecież nigdy nie byliśmy tak pewni swoich racji. Cynizm nasz powszedni nie bierze się stąd, że oto oświeceni i racjonalni mścimy się teraz za wieki ciemnoty i przesadnego lęku, jakby to napisał sam Tomasz Mann, ale z tego, że być może po raz kolejny umarła jakaś nadzieja, że ktoś jednak kieruje tym wielkim bajzlem. Każdy koniec, który się nie zdarza, jest wydarzeniem bez precedensu dla zrozumienia naszej samotności. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz