niedziela, 27 stycznia 2013

Biała książka



Niech mi będzie wolno, pisząc o nowych wierszach Grzegorza Kwiatkowskiego,  zacząć nie wprost, od dalekiego na pozór obrazu. Mianowicie od wędrówki Hobbitów po Martwych Bagnach. „Tam pod wodą są umarli. Trupie twarze!” Gollum roześmiał się. – Tak, tak, wszyscy zgnili, wszyscy martwi”.

Hobbici muszą przejść przez bagnisty cmentarz, żeby dostać się do Mordoru, turysta w Muzeum Żydowskim w Berlinie chwieje się na instalacji Menashe Kadishmana – żeliwnych twarzach, z których każda odlana ma niemy, Baconowski krzyk, bohaterzy Hotelu Rwanda wjeżdżają jeepem w wertepy ludzkich ciał z plemienia Tootsi. Ta scena wizualizuje znany nam dobrze frazeologizm, któremu język zdążył odciąć całą jego potworność: iść po trupach do celu. Emmanuel Levinas mówi, że twarz jest samym źródłem etyki, tym, co mówi: „Nie zabijaj”. Twarze ze swoim etycznym imperatywem są tym, przez co musimy się przedrzeć w Radościach – najnowszym tomiku Grzegorza Kwiatkowskiego.

Hegel nie pozostawił nam żadnych złudzeń. Relacja między ja i nie-ja jest relacją władzy. Silniejszy ma za sobą prawo i Historię, przynajmniej do czasu, w którym Historia go odsądzi od czci i wiary, chociaż ofiarom rehabilitacja nie przywróciła jeszcze życia. Levinas próbował przekroczyć ten dziejowy racjonalizm. Z Innym się nie rywalizuje, o Innego należy walczyć. Być trzeba za Innego bezwarunkowo odpowiedzialnym. Właśnie dlatego, że tak łatwa jest pokusa jego zwalczenia. W Radościach tego horyzontu etycznego nie ma. Nie ma żadnych złudzeń. Co mówią nam przekazy medialne z Rwandy, na które powołuje się Kwiatkowski? Relacje z procesów haskich? Fotografie Grega Marinowicha, Kevina Cartera (słynne zdjęcie Dziecko i sęp), reportaże Wojciecha Jagielskiego i Jeana Hatzfelda? Głośna przed kilkoma laty wystawa zdjęć Andrea Zucci Les Parisiens sous L’Occupation, która pokazuje zakochany Paryż podczas okupacji. Że słychać wciąż chichot Historii?  Że „wojna moralność ośmiesza”? Dlatego Gollum też musiał się po heglowsku roześmiać? Ponieważ jego twórca, Tolkien zrozumiał, że moralność nadpisuje tylko instynkt przetrwania, instynkt sado-zachowawczy?

Przyznam się szczerze, że Radości postawiły mnie przed problemem, z którym mierzyło się wielu komentatorów twórczości Francisa Bacona. Jakimi słowami opisać ten rodzaj napięcia, które podlegają nieustannej eskalacji, to ukłucie niepokoju (żeby nie powiedzieć: grozy)? Niby coś się z tej poetyckiej materii wyłania, przybiera kształt ledwie skargi, kształt ludzki, chociaż w tym samym momencie wypada to zanegować. Czy głowa Dory [Dora Drogoj, ur.1923 zm.1941], odcięta tępą piłą, jest jeszcze ludzka? Trupy Tootsi w wyschniętych, rwandyjskich bagnach?[Sylvie Umubyeyi, ur.1974, Sklepy] Ofiara kazirodczego gwałtu ?[Bezpieczna]. Tak jak zdeformowane, rzeźnicze figury Tryptyku Bacona? A może nieludzki jest długi żywot sprawców, którzy – jak pisze Kwiatkowski – „ostrzą ołówki i zabierają się za spisywanie życiorysów i wspomnień”, żyją w wielopokoleniowych rodzinach i cieszą się powszechnym poważaniem? Albo próba podjęcia „normalnego” życia w warunkach „unieważnionych imperatywów”, nieśmiałe a z czasem zuchwałe – jakbyśmy próbowali, na ile możemy sobie pozwolić – odruchy, okruchy radości. „Wszyscy są równi wobec śmierci/ i to nas wprawiało w dobry humor”, „Uczucie radości po dobrze wykonanej robocie”, „To były nasze najpiękniejsze lata” pisze autor, a ja słyszę Jeana Paula Sartre’a który w czasie okupacji zwierzał się w liście do Simone de Beauvoir: „Nigdy nie czuliśmy się tak wolni.” Słyszę również Zygmunta Baumana, który twierdzi, że skuteczność każdej polityki nie bierze się z liczby neofitów ale liczby odwróconych. To oni (to my) swoją biernością, która jest czystą wolą przetrwania, legitymizujemy władzę. Paryż czyli Warszawa. Albo Tykocin, Radziłów, Drohiczyn, Jedwabne – doda Kwiatkowski w sestynie, która w sposób wyraźny odwołuje się do bodaj najwybitniejszego dzieła literackiego Edgara Lee Mastersa, Umarłych ze Spoon River. Nie tylko rzecz jasna w sestynie – Masters, tak jak Francis Bacon przewijają się przez całą dotychczasową twórczość gdańskiego poety, od Przeprawy, Eine Kleine Todesmusik po tom Osłabić. Powiedziałbym nawet, że Masters dla Kwiatkowskiego jest rodzajem wentyla bezpieczeństwa, kontrapunktem dla Baconowskich, zdeformowanych figur; jego niespieszna narracja, quasi dokumentalny charakter, skupienie na detalu, na zwykłych opowieściach ludzi, choć nierzadko skonfrontowanych z doświadczeniem granicznym, chroni tę lirykę przed patosem, epatowaniem traumą. 

Nigdy dotąd wiersze Kwiatkowskiego nie uzyskały tak czystej, oszczędnej formy.  Surowej, rygorystycznej, przypominającej mi niespieszną, monochromatyczną narrację filmów Hanekego, zwłaszcza z Białej wstążki. To kolejny trop, który warto podjąć. Z tą tylko różnicą, że biała książka Kwiatkowskiego nie może nam przypominać o naszej niewinności. Nic takiego nie istnieje. Niewinność „rzuca swój cień na ludzkie działania”. Trzeba przejść po żeliwnych maskach Menashe Kadishmana, po twarzach (martwych, bez wyrazu) z wierszy Kwiatkowskiego, przejść przez Martwe Bagna, żeby zrozumieć to dobitnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz