poniedziałek, 27 maja 2013

kartka z dziennika


Ze szkicu Bielawskiego o Gezie Vermesie w TP: „Podczas ośmiu lat religijnego wychowania w gimnazjum nigdy nie dostałem do ręki Biblii – było to coś dla protestantów. Zamiast tego musieliśmy posiadać książeczkę do nabożeństwa i różaniec”. Otóż to, narzędzia represji zamiast próby dialogu. Symbole sprawowanej władzy zamiast ruchu myśli. Raczej fides niż ratio. „Mówiono nam, że religii należy uczyć się od Kościoła, a nie o niej dyskutować”. Bezwzględne podporządkowanie Instytucji oraz systemowi. Módlcie się, myślenie zostawcie innym. Efekty są takie, że wszystko co najważniejsze w teologii, zrodził protestantyzm. Ale też tylko tam możliwy jest rozwój jednostki w ramach wspólnoty. Co prawda Congar czy Rahner należeli lub należą do KK, ale wyrastają przecież z duchowego klimatu reformacji. Wydaje się, że u nas nie ma innej możliwości. Albo pozostaje się w formacji, przyjmuje jej warunki (ubezwłasnowolnienie, różaniec, książeczka), albo swoją formację i systemowość poddaje analizie, wówczas zostaje już tylko wystąpienie z formacji (Bartoś, Obirek), apostazja (Węcławski), w ostateczności ostracyzm większości środowiska (Tischner).

wtorek, 7 maja 2013

strzępy, urywki


Maciej Nowicki właśnie odkrył w Newsweeku rzecz kuriozalną. Otóż, proszę państwa, okazuje się, że Gombrowicz ciało posiadał. Ba, używał go i jakby nigdy nic (z)używanie owo sekretnie zapisywał. Nic dziwnego, że 'Kronos' pełen erotycznych detali a zarazem kronika rozpadu ciała wróży jego zdaniem literacki skandal dekady.

W poznańskiej restauracji można zamówić "servical cancer serv on beetroot carpaccio with mustard-honey dip". Witkacowy pasztet z nowonarodzonych koźląt, szczurze ogony w sosie z duszonych w pomidorach pluskiew brzmią przy tej kulinarnej inwencji infantylnie. Nawet "jądra małp Dżoko w makaronie z jajowodów kapibary, posypane tartymi koprolitami marabutów, karmionych specjalnie turkiestańskimi migdałami." Zdecydowany przerost formy nad treścią pokarmową.  

„Pierwszym bowiem zadaniem Sonderkommanda jest spalenie poprzedniego”


środa, 1 maja 2013

majówka na początek


Dokupuję akryle na Sokolskiej, ale wcześniej mężczyzna o arabskiej aparycji (tak wyobrażałem sobie zamachowców WTC) przywozi dziesięć ton kamienia. Drobnego dolomitu. Trzy godziny zasuwam łopatą. Obok mnie łopatą macha spawacz z Chorzowa, który zamiast zarabiać w stoczni w Hamburgu cztery tysiące euro, po czym kiedyś stracić wzrok, wybrał jednak swoje oczy i dorabianie u takich ludzi jak my. Wcześniej budzę się w pustym mieszkaniu, którego nie poznaję, jeszcze wcześniej śnię, że jestem martwą naturą, którą malują studenci aespe. Konkretnie kanką w kolorze khaki. Z nieskazitelnie białą emalią.
Później zabieram dwie córki, dwa chomiki syryjskie i kota i wyjeżdżam na wieś. Liczę policyjne patrole, jest ich dokładnie sześć na odcinku 30 kilometrów. Cieszę się, że moje wyłączone światła zmniejszą o sto złotych dług publiczny. Albo zwiększą odprawę ministra Gowina. Chciałbym zaczipować moje wirtualne sto złotych i prześledzić ich los na stronie spyyourtrafficticket.com.
Później sprzątam podwórko z syfu, którzy narobili mi polscy kierowcy przy DK nr 46. I dobrzy sąsiedzi. Odkopuję stare numery Twórczości, opowiadania Płatonowa (nie da się czytać).