piątek, 19 lipca 2013

ziemie nieudane


Wszystkie ziemie, jakie zostały stworzone, były nieudane. Nie wiem, od kiedy człowiekowi towarzyszy ta myśl, ja tu jestem od niedawna i moje umiejętności percepcji, nazwijmy to – historycznej są siłą rzeczy ograniczone. Nie wiem, co myślały istoty pierwotne, Neandertalczyk potem Człowiek z Cro-magnon. Malowidła naskalne, np. w Val Camonica sugerują jakąś „inną ziemię”, obrzędy pochówkowe dolnego i górnego paleolitu dowodzą jakiejś pierwotnej intuicji „stanu przejściowego”. Bytu przejściowego. Można powiedzieć – myślę, że nie będzie to nadużyciem – że to są właśnie źródła teatru.
W pismach weddyjskich i w późniejszym judaizmie ta refleksja nie jest już li tylko refleksem, to trzon wiedzy. Biblijna Ziemia Nod jest niczym więcej jak ziemią wygnania, przestrzenią błędu, błądzenia. Wszystkie ziemie, „które powstały w nowożytności” zdają relację z tego uniwersalnego, egzystencjalnego doświadczenia. Reymontowski łódzki Kanaan ujęty w nawias gorzkiej ironii, Ulro Williama Blake’a i Miłosza. A nawet niedawne (sprzed dekady) arcydzieło filmowe Danisa Tanovića Ziemia Niczyja.
Cóż bowiem mają począć ludzie – pisze Miłosz - dla których niebo i ziemia jest za mało i nie mogą żyć, jeśli nie oczekują innego nieba i innej ziemi? Dla których ich własne życie, takie jakie jest, pozostaje snem, zasłoną, ciemnym lustrem i nie mogą się pogodzić z tym, iż nigdy nie pojmą, czym było naprawdę".
To również, w pewnym sensie „formy nieudane”, nie w sensie artystycznym, rzecz jasna, ani spekulatywnym, ale właśnie dlatego, że pozostają częścią owego „ciemnego lustra” w którym nic nie widać. I nic się nie odbija.
Wydaje się zresztą, że teatr – a myślę w szczególności o tradycji awangardowej - Grotowskim, Kantorze, Scenie Plastycznej Leszka Mądzika – z założenia i „wyłącznie” przerabia to doświadczenie.
Nie inaczej jest ze sceną A PART Marcina Hericha. Nowy spektakl (bez słów – a jakże) Ziemia Gomo śmiało i surrealnie rozpoczał 19 międzynarodowy festiwal sztuk perfomatywnych w nieczynnej hali „Kina Słońce” na janowskiej ziemi niczyjej.
A zaprawdę było surrealnie. Wejście na scenę na głucho zamknięte, stoimy stłoczeni na wąskim pasie trawnika jak rzeźby Abakanowicz, za bramą ustawiają się karki, janowski lumpenproletariat. Niemal każdy akt agresji poprzedza jakaś redukcja. Było już „kongijskie bydło” (za Leopolda), „żydowskie świnie” (za Himmlera), całkiem niedawno zaś „robactwo Tootsi” (poczytajcie Jana Heatzfelda). Patriarchalny proletariat za bramą redukuje oczywiście kobiety, ale też represji ulega także męska populacja – w starciu z pierwotną, naturalną siłą, w starciu z polskim ruchem odurzonych nikt nie ma szans. Zastanawiam się, całkiem poważnie, czy to nie jest uliczny performance, będący częścią spektaklu. Przez chwilę możemy poczuć się jak postaci spektaklu Hericha, która rozegra się za chwilę. Mieszkańcy Ziemi Gomo. Strefy Pomiędzy. Narodzinami a represją. Powagą a groteską. Życiem a konwencją. Fragmentem i całością. Dosłownością i umownością. Jest w rzeczy samej tak, jak piszą autorzy spektaklu, antyutopijnie. I do bólu egzotycznie. Drzwi w końcu ktoś otwiera, przychodzi zbawienie, czwórkami wpuszczają do nieba, choć między bogiem a prawdą, jest to kino nieczynne, jest to niebo nieczynne, ciemne jak czyściec. A niechby i limbus patrum.
Miejsca mało, scena zajmuje niemal całą przestrzeń, scena wrasta w „widownię”. Ciemno, klaustrofobicznie, niewygodnie. Ale jednak, mimo wszystko bezpiecznie. To tylko teatr, pocieszam się, tylko konwencja. Za ogrodzeniem z drutu (dźwięk z głośników, gesty aktorów sugerują, że pod napięciem) rozciąga się Foucaultowska kraina nadzoru i kary, wszystko jest symetryczne, światła i ogień, grabarze i wieże strażnicze, krzesła i zapalane papierosy, bo też symetria jest wyrazem porządku, a ściślej rzecz ujmując – podporządkowania. Ogrodzenie jest pod prądem, życie, praca toczy się pod nadzorem, w cieniu rodzących się totalitaryzmów, w kakofonii napływających informacji, młotów pneumatycznych i kilofów, metalicznych zgrzytów i gongów w szybie. Niesymetryczny jest jedynie jednostkowy los, jednostkowa historia, która próbuje się tu wydarzyć. I roznieść ramy opowieści. Wyjść z matrixa. A wszystko kończy się oczywiście groteską, La danse frivole albo też dance macabre, dionizyjską cepeliadą nad trumnami. Zmierzch bogów? Nie. Raczej bogów śmiech unosi się nad ludzkim fatum. Olimp żyje własnym życiem, na dole ludzie nawet ze światłem błądzą.
Myślę o tym wszystkim już po wyjściu z teatru. Także o tym, że moment przejścia jest ledwie wyczuwalny, niemal niewidoczny. Karków już za ogrodzeniem nie ma, ale to nie znaczy, że znów nie zamieniliśmy się rolami.


środa, 10 lipca 2013

obnażony (pamięci dwu panów na Em)



Dość. Stanowczo dość. Dość zagęszczania ciemnej materii. Są jakieś granice, jest zwykła, ludzka wytrzymałość. Wlewa się jednym, drugim winno odpłynąć. Tak bywa, kiedy wszystko działa jak należy. Los, czy tam – jak państwo chcecie – fatum płynie sobie wąskim strumieniem, czasem wzbiera, ale naczynie też radzi sobie z utylizacją. Z wiekiem, wiadomo, proporcje wyglądają całkiem inaczej.

Zmarł ojciec poety z Mikołowa. Zmarł również pisarz co prawda ze Świdra, ale też z Mikołowem związany. Nazywali się podobnie, różniły ich le(dwie) samogłoski. Henryka Meleckiego znałem tylko z opowieści, niejako z drugiej synowskiej ręki, Maćka Malickiego z kilku wspólnych podróży. Kilkunastu wypalonych paczek papierosów. Oraz „Sagi ludu”, „Wszystko jest”, „Ostatniej”. Jeden przywiązany do drogi, drugi przykuty do wózka.

Vladimir Jankelevitch: „Śmierć w drugiej osobie /…/ przypomina moją śmierć, a jednak nie jest moją śmiercią, nie jest też bezosobową i anonimową śmiercią, którą interesuje się  demografia czy medycyna”. Otóż właśnie tę jedyną śmierć „przeżywam”, ale też każde takie wydarzenie zabiera ze sobą jakąś moją część. Bezpowrotnie. Jakaś część mnie samego umiera. Wydaje się również, że śmierć w trzeciej osobie, post fa(c)tum, może wpłynąć na nas dostatecznie silnie, uczynić z doświadczenia anonimowej, bezosobowej śmierci – wydarzenie osobiste. Wystawa Marka Rothki w Muzeum Narodowym ten uporczywy fakt mi uprzytomniła. „Carmen funebre” rozegrany w Katowicach na Bankowej – również. Oraz dwa następujące po sobie pogrzeby ludzi, bez których polska literatura byłaby znacznie uboższa. Mogłaby się bez nich obejść – nie ma niczego i nikogo niezastąpionego – ale jednak bez wątpliwości zyskała.

Być może właśnie rolą literatury jest połączenie tych faktów ze sobą. Pozornie odległych. Odprawianiem czarów jest nad grobami, ciemnym, niejasnym obrzędem. Nie chodzi wyłącznie o śmierć. Chodzi również o starość, upływ czasu, doświadczenie przemocy, izolację. Czuję jedynie rosnące przygnębienie, pulsowanie owego „czarnego słońca”, o którym pisała Julia Kristeva, rozrastające się, pożerające wszystko. Niczym Saturn. Czarny kwadrat Rothki, który pochłonął już wszystkie barwy i płaszczyzny i zaraz opuści również granice blejtramu. Bezpieczna linia, za którą rozgrywa się spektakl (czy to „Faust”, czy „Carmen funebre” czy „Pilnuj swoich spraw” Nuri Sotelo) już dawno została przekroczona, historia wdziera się do ludzkiej egzystencji tak samo, bez pardonu i litości, z katów robi ofiary, chociaż z reguły bywa na odwrót. Ciało jest nagie, chociaż nie bardziej nagie niż ciało tego, który nagość ogląda. W jednym z pierwszych tomów Reinera Kunze, który kongenialnie przełożył Jakub Ekier – wierszu „Hymn o przesłuchiwanej” – i proszę potraktować to jako kodę tego szicu, gest i głos w pół gestu i słowa zawieszony – czytamy:

Ciężki
Był moment
Rozbierania

Wystawiona
Na ich spojrzenia obnażyła
Wszystko

w nich.