niedziela, 25 sierpnia 2013

drums drums in the deep


Powiem krótko: zatęskniłem za Off-em. Może gdybym zdążył na inaugurację do Szybu Wilsona i wysłuchał Badbadnotgood a nawet Delaya (za konsolą ale kameralniej, bez łomotu zza ściany czy namiotu), dodał do tego Novikę i soulową, chiloutową Toscę, i jeszcze dokonał teleportacji w czasie do sobotniego Lidella i Brandt Brauer Trick Ensemble, osiągnąłbym coś na kształt nirwany. Albo przynajmniej jakiś tam stan równowagi. To znaczy, miałbym co położyć na szali pod tytułem Tauron NM Festiwal „moje małe afirmacje”.
Nie porównywać nie sposób, bo ledwie ponad dwa tygodnie dzieli oba muzyczne zdarzenia, po raz pierwszy mam sposobność uczestniczyć w jednym i drugim, wreszcie ten sam, znajomy pejzaż, ta sama ochrona i zwyczaje, sceny z wyjątkiem Showcase Tent umieszczone metodą kopiuj/wklej, tyle że zwyczajowo pod namiotami.
Namioty akurat dobrze mi się kojarzą, nie powiem, w sumie, gdyby policzyć – sześć lat z moich czterdziestu dwu spędziłem koczowniczo, pod tropikiem, raczej jak Beduini na pustyni niż Inuici na lodzie. Zwłaszcza, że Inuici nomadami nie są. Z doświadczeń religijnych najlepiej zapamiętałem Namiot Zgromadzenia i Namioty Kedaru. Kedar, jak wiadomo, był synem Ismaela, i protoplastą Beduinów, Kedar wspak czytany, daje ni mniej ni więcej moje imię. Los zapisany jest nie tylko w genach ale również w imionach.
Ten plus się Tauronowi należy, właśnie za powrót do starej semickiej tradycji zgromadzeń. Powrót – a jakże – na wskroś również religijny, zważywszy na zagęszczenie transu i tańca derwiszów na metr kwadratowy. Mogłaby taka idea na OFF-ie zyskać również aspekt pragmatyczny, ale nikt o tym nie pomyślał. Dwa lata temu brodziło się błocie (a deszcz w literackiej napędził rodzimym pisarzom więcej publiki niż noblistom, vide – Zbyszek Masternak), w tym roku – w upale na granicy udaru.
Jeśli chodzi o plusy, to prawie wszystko. Cisza nocna generalnie na Ptasim Osiedlu nie zaistniała – gdybyż jej brak usankcjonować mogła sama muzyka, pal licho. Rzecz w tym, że poza Noviką i Toscą z gościnnie występującą belgijką – Sarah Carlier, poza Thundercat, szansa znalezienia „tradycyjnego” instrumentarium, usłyszenia ludzkiego głosu w zalewie łomotu, muzycznego metrum, od którego drżała sosnowa podłoga na scenie Red Bulla, i który mógłby z powodzeniem zastępować defibrylator, graniczyła z cudem. 
Nie jestem żadnym muzycznym radykałem, muszę zaznaczyć. Z zasady jestem otwarty, z pasją słucham zarówno Bacha, Savalla i Fritha, Cukunft, Herę i improwizacje Jarreta, Thee oh Sees i Death in Vegas. Wczorajszy Yoshi Horikawa a zwłaszcza Holy Herdnon z całą swoją industrialną „partyturą” też do mnie trafili. Ale potem wszystko zaczęło się zlewać w jeden gęsty materiał dudniący, bez niuansów, bez stylu, wszędzie to samo (choć przecież nie to samo). Umieszczenie Design Silesia Cafe, projektu Michała Latko i Łukasza Fragsteina, miejsca – jak piszą jej twórcy – wytchnienia i relaksu, między Littlebig Stage a Red Bullem, było chyba jakimś cynicznym żartem z wytchnienia i relaksu. Przekrzyczeć Darling Farah z jednej strony i Horikawę z drugiej, czy też Amona Tobina i RSS Boys, żeby zamienić kilka słów z Markiem Zielińskim dało się? Dało, chociaż prędzej byśmy się zrozumieli w migowym.
Nowa muzyka być może nie dla starych ludzi. ‘Starych’ nie tyle metrykalnie, ile mentalnie. Na nic tutaj zdają się pojęcia, intelekt trzeba zostawić przed bramą, wyłączyć większość funkcji, dać się ponieść rytmowi, który jest w zasadzie bardzo pierwotny, naturalny, jest samą naturalną siłą. Nie mogę sobie inaczej wytłumaczyć owej zgodności sprzętowej – systemu i ludzkiego ciała. Kiedy tylko zaczynam myśleć, jakie to wszystko sterylne, pozbawione bezpośredniego kontaktu (wykonawcy będący przedłużeniem applowskich laptopów), gdy zaczynam porównywać publiczność z Woodstocka, czyli to co stanowi i manifestuje wspólnotowość z tą „tauronową” bezgraniczną samotnością pogrążonych w transie monad, popełniam podstawowy błąd. Którego nie daje się już potem naprawić.

"epidemia niedojrzałości" czyli "disco pigs" w malarni


„Płacz i wrzask ustał. Od tamtego momentu staliśmy się jednością. Nikt inny nie był nam potrzebny do szczęścia” - Taki oto początek perwersyjnej zażyłości, zarzewie wieloletniego związku, tak to widzi irlandzki dramaturg Edna Walsh. Od razu skojarzyło mi się, nie tylko z racji fonicznego podobieństwa z innym pisarzem, mianowicie z Irvinem Welshem, bo też Szkot za miedzą również opisuje problem społecznego wykluczenia, zajmuje go człowiek przegrany już na starcie, skazany na dorastanie w ruinach wielkiej rewolucji przemysłowej, na rodzinę, która, nawiasem mówiąc też jest ruiną. Diagnozy (na wskroś pesymistyczne) te same, chociaż Welsh potrzebuje do tego epickiego rozmachu. Irlandczykowi wystarczy kameralny dramat.

„Disco Pigs” doczekał się w Polsce dwu przekładów i kilku inscenizacji, za granicą został również sfilmowany; debiut Kirsten Sheridan całkiem bez echa nie przeszedł, chociaż bardziej scalił adwersarzy niż pochlebców. Trudno przypuszczać, żeby u nas komuś się chciało filmować dramat Walsha, chociaż jako żywo, łatwo się przekłada nie tylko na polskie realia okresu przemiany ustrojowej (i wpisuje w kanon takich filmów jak „Wojna polsko-ruska”, „Sala samobójców”, „Ki” czy też „Galerianki”), ale też ma w sobie pewien uniwersalny, egzystencjalny kapitał, który został „wyzyskany” w kultowych obrazach Arthura Penna (Bonnie and Clyde) i Olivera Stone’a (Urodzeni mordercy).

W każdym razie jest polska scena, a ta adoptuje większość dzieci niechcianych przez przemysł filmowy. „Disco Pigs” wystawił już Teatr w Opolu i warszawski Teatr Rozmaitości i „Prochownia”. Kilka dni temu na scenie Malarni, „u katowickich Masonów” w ramach projektu „Wykluczonych Portret Własny” miała miejsce premiera sztuki w wykonaniu Teatru Rawa, i nie należy sądzić, że to koniec prób z materiałem dramaturgicznym Walsha.

Spektakl w pełnym metrażu, właściwie filmowym zaczął się dynamicznie, od chaotycznej gimnastyki z elementami joggingu, hip hopu, ulicznego mięsa, słowotoku we wszystkich chyba slangach i narzeczach. I taki w zasadzie pozostał niemal do epilogu. Physical theatre, pomyślałem, tylko dla ubogich. Zgrywa, luzactwo, cała gama negatywnych emocji, przez które próbuje przebić się jakaś głębsza refleksja, ale to jak walenie pięściami pod lodem. Czasem, owszem, powstaje szczelina, coś wydostaje się na zewnątrz, jak owe natarczywie domagające się odpowiedzi pytanie „Jaki jest kolor miłości?”, lub szum oceanu na Cross Haven Beach, ale niemal natychmiast ten zawór z ewentualnym dostępem do „ja”, do pustki, która tam się kryje, musi zostać zamknięty. Zakrzyczeć rzeczywistość, wybawić się od siebie, za wszystkie czasy – oto priorytet pary przyjaciół i kochanków zarazem.
Generalnie, niemal wszyscy piszący o spektaklu wpadają w te same koleiny. Jedni powołują się na syndrom „Piotrusia Pana” u obu bohaterów (sic!) inni próbują losy Pig’a i Runt wpisać w mit „buntownika z powodem” (sprzeciw wobec codzienności itd.) albo co gorsza dopatrują się w nich „dwu wyrazistych osobowości, które nie chcą wtopić się w przygnębiający pejzaż swojego miasta”.
Problem spektaklu, sztuki źródłowej Walsha, ale i polskich adaptacji, tkwi w czymś całkiem odwrotnym. Najbardziej przygnębiający jest właśnie brak osobowości bohaterów, psychotyczna relacja, którą odżywia myślenie magiczne, w której iluzją okazuje się wszystko to, co rzeczywiste, zaś najbardziej zwariowana baśń otrzymuje rangę realnego. To zaklęcia utrzymują ich relację przy życiu, powtarzanie rytuału, który w dzieciństwie był czymś naturalnym, w dorosłości razi niedojrzałością (XXI wiek – epidemia niedojrzałości) ale i legitymizuje ich relację. Wydaje się, że tylko dziewczyna, Runt (ciekawy zabieg leksykalny, zestawienie kruchości z ucieczką) jest zdolna porzucić cudzy wzrok, którym ocenia świat i przejrzeć na własne oczy.
Reżyserka spektaklu, Karolina Maciejaszek, stawiając na młodzieńczy żywioł, emocjonalność przekazu utraciła coś istotnego, mianowicie ową sztuczność dialogu (widoczną nad wyraz w filmie Sheridan – wygląda ona jak niedoróbka warsztatowa, ale jest efektem przemyślanym), myślenie magiczne jest myśleniem obrazami (obraz królestwa, pałacu, miłości), całkowicie oderwanym od tego, co realne. Lost in translation, coś zawsze ulega zniszczeniu w przekładzie. Trudno. Dramatyzm natomiast pozostał w całej swojej psychologicznej nagości. Robin Skynner, świetny angielski psycholog, pisał: [Dziecko] które musi się dostroić do dorosłych postaw matki, w przyszłości odwróci się plecami do świata i uzna, że on nie istnieje. Na swojej mapie w ogóle nie umieści ludzi. Zajmie całą przestrzeń i będzie tam jedyną osobą. Jest to coś tak obłędnego, że nawet trudno to sensownie sformułować.
Miłość, odpowiada bohater w końcu, ma kolor niebieski. Ma barwę oceanu, w którym oboje chcą zniknąć. Wrócić do początku. Film Sheridan zaczyna się obrazem ludzkiego płodu, kończy właśnie widokiem oceanu. Zacząłem i skończę więc cytatem, tym razem z wiersza Lowella o Johnie Berrymanie: „Jego matka kochała syna żarłocznie, brak jej było jednak prawdziwej czułości; dlatego on kochał zawsze to, czego nie miał”.


piątek, 23 sierpnia 2013

jakub i starcy

Paralela tylko częściowa, rzekłbym i stara się unikać aksjologii, nie da się jednak zaprzeczyć, że opowieść biblijna jakoś tu pasuje, a i nagabywanie starców (historii) uciążliwe. Opór jest znaczny, widać to szczególnie w „Kondukcie” opowiadaniu inicjującym „Ptasie ulice”, ale i „Mieszkaniu”, a już cały „Pensjonat” wyrasta wręcz z tej ambiwalencji. Niby coś z tą przeszłością, umierającą na naszych oczach trzeba zrobić, odkopać wszystkie przejścia do bocznych odnóg czasu (nieustannie zasypywanych), ale też niechęć – jakże zrozumiała – do podejmowania takiej odpowiedzialności. Myślę, że tu właśnie, między koniecznością relacji – nie z perspektywy postpamięciowej – ale przez bezpośredniego kontakt z (jeszcze) żyjącymi, a naturalnym odruchem obronnym bohatera, przebiega główna (problemowa) oś powieści Pazińskiego. I Boże, tak – sam chciałem tak napisać Ziemię Nod. Taki był pierwotny zamysł. Równoległe światy – niemal tej samej egzystencjalnej rangi, choć rzeczywistość owego wskrzeszonego momentu, owego interwału czasu, którego wielkości nie sposób określić – jest jakby z drugiej ręki, doszczętnie przeżyta. Tak chciałem, ale wydawało mi się to zadanie zbyt karkołomne. Pazińskiemu się udało. Czytałem z przyjemnością „Kondukt” – niemal surrealistyczny tekst rodem z Bunuela pomieszany z Mannem (czy dialog Eliezera i Sztajna nie przypomina wam choć trochę dysput Naphty i Settembrinego?), opowieść o Feldwurmie, która z jednej strony jest najlepszą, jaką dotąd czytałem, definicją judaizmu – jeden rdzeń, nieskończenie wiele interpretacji, z drugiej – pięknym hołdem złożonym mitowi Mesjasza Bruno Schulza. Czytajcie Pazińskiego i dajcie się wciągnąć w labirynt podziemnej i naziemnej Warszawy.

piątek, 16 sierpnia 2013

zamek błyskawiczny na języku



Pisanie jest czynnością bolesną; któż nie doświadczał bólu pisania, a zwłaszcza bólu niepisania, być może tych od bólu niepisania jest znacznie więcej, zwłaszcza kiedy pisanie przychodzi im łatwo i bezboleśnie i winduje na K2 literatury (Parnas jak wiadomo leży znacznie niżej – 2457 m n.p.m) a potem trzeba na szczycie się utrzymać. Tam, na górze jest pełno wysoko zawieszonych poprzeczek. Całe złomowisko, którego przybywa w tempie nieugaszonym. Bo przybywa nam poetów i pisarzy. Bardów bardziej. Niż demograficzny, nauczyciele wychodzą na wolność, szkoły niebawem pochłoną hurtownie, a tu stały, naturalny przyrost. Jakaś straceńcza w istocie siła pcha ich do pisania w kraju, który literaturę traktuje jak piąte koło u Maybacha. No ale straceńczość to nasze spécialité de la maison. Co się dziwić? Jedno w każdym razie i drugie ma wspólny mianownik, który mianuje ból niepisania na drugie, zaraz po bólu istnienia, miejsce, mianowicie chodzi o nieopisanie. Wszelkie traumy pisarskie, za wyjątkiem mojej, która ma ściśle somatyczne podłoże i wynika ze złamania kości śródręcza prawego, jak wiadomo większości z nas, biorą się z tego, że nie jesteśmy w stanie, tak jakbyśmy chcieli, opisać to, co chcemy. Język po prostu nie daje rady. To znaczy, my nie dajemy rady z tym językiem. Niektórzy mają trzecie oko wróżki i wysoko zawieszają język, a to znaczy, że jednak można. Bo, jako Pilch rzecze, a trudno się nie tylko z tym nie zgodzić, niektóre prawdy można powtarzać, byle robić to inaczej. Jednak problem, a co się z tym bezpośrednio wiąże, ból nieopisania, zawsze pozostaje i wypływa na wierzch. Ból, jaki odczuwam na skutek złamania prawicy, której postawiono gipsowy pomnik (zatrzymam go w charakterze maski przedśmiertnej dla Muzeum Literatury, nie ma sprawy), ból, który w sposób ścisły wiąże się z pisaniem, z procesem pisania, czego tu nie widać rzecz jasna, jest oczywiście bladym echem zasadniczej niemocy, najbardziej wewnętrznego, immanentnego poczucia przegranej w starciu z niewyrażalnym. Z nieobecnym. Obecność wychodzi nam już bokiem. O obecności powiedziano, namalowano, wygrano już niemal wszystko i to prawie zawsze w złym guście. Język też musi być wyciągany z nieobecnego, i chociaż po chwili staje się obecny, to dla tego jednego momentu, czy dla kilku takich momentów, my, którzy krzywdzimy pisząc, a co istotniejsze – my, którzy nie krzywdzimy czytając, żyjemy. Właśnie o tym mówił herezjarcha Jakub (tak, ten od traktatu o manekinach), myśląc o książkach, które mają swój moment wzlotu, za który je kochamy, choć wówczas są już tylko popiołem. Tak, wyciągać coś z piekła, z samego dna, coś co jest już na straconej pozycji, jakieś istnienie, które nie ma prawa stamtąd wyjść, porzuciło już wszelaką nadzieję i oczywiście ostatecznie przegrać z kretesem, kronosem i hadesem. Dać nadzieję temu, co straciło wszelką nadzieję, a potem odwrócić się i to zniweczyć – to już jest niebotyczne świństwo. I to też łączy się bólem, naszym, nikt inny nie będzie się łączyć z nami w bólu. Taki Nowosielski uprzytomnił mi, że schodzi się w dół niekoniecznie po schodach, nawet ruchomych, niekoniecznie windą w dół się zjeżdża, że to wszystko jest na poziomie zero, a nawet wyżej – na parterze, piątym, dziesiątym piętrze, właściwie – o ironio – im wyżej tym niżej (jak w tym ruskim kanonie ikonograficznym – drabina do nieba), że tak jest już od zarania, od katastrofy kosmicznej, jaką był bunt bytów duchowych, innymi słowy piekło mamy już od dawna na ziemi, na wyciągnięcie ręki, ale ową ręką zaopatrzoną w różne narzędzia, a nawet zaopatrzoną bandażem i szyną gipsową, możemy piekłu coś wydzierać. I przemieniać to. To znaczy próbować przemieniać, bo prawdziwy Tabor jest gdzie indziej. Zgrabnie to sobie pomyślał, zagrabił jakąś część ugoru. Ugorem oczywiście nie była myśl o piekle na ziemi, to już wiedzieli na długo przed Nowosielskim, a zwłaszcza w okresie dzieciństwa Nowosielskiego, kiedy tę myśl wprowadzili w życie, które natychmiast stało się nieżyciem. Ugorem tym była myśl o wyciąganiu z piekła i przemienianiu. Wszystkimi artystycznymi środkami rzecz jasna. I to rzadki optymizm u kolejnego na liście herezjarchy. Co prawda na bezrybiu i rak ryba, jak się tworzy taki z gruntu pesymistyczny system, to najmniejsza nawet afirmacja robi w niej potężny wyłom. Pędzle Nowosielskiego to są żelazne łomy do wyłamywania, również krat języka. Pióro Pilcha, też Jerzego, które już dawno był zastąpił klawiaturą laptopa, ale umówmy się raz na zawsze – pióro, choć z rzadka już używane, ma swój najbardziej realny choć niematerialny desygnat, a zatem pióro Jerzego Pilcha też jest takim łomem do wyłamywania, porusza się ono w tym, co obecne ale nieustannie to obecne podważa, włamuje się pod maską memuarysty, również do mojej głowy, która jest jakimś piekłem, piekłem zamknięcia, więc właściwie wali tym łomem po czaszce, tam gdzie jest zrośnięta. Pilch Tischnera wielbił, takoż i ja, więc przypomnę, że Tischner napisał kiedyś, że rozum nie po to mamy, żeby się męczyć. Innymi słowy, bo te już nic tu nie wskórają, trzeba ten umysł mieć zawsze otwarty i jasny, niepodobna zaś mieć ten umysł otwarty, nie słuchając tego, co mają do powiedzenia inni, zwłaszcza jeśli to, co mają do powiedzenia, łączy się z bólem, nie tylko bólem pisania, ale przede wszystkim bólem nieopisania, z tą właśnie świadomością, której dają świadectwo. Nawet jeśli na pierwszy rzut oka widać, że przyszło im łatwo, to samo nic nie przyszło, nie spadło z nieba z kredytem zero procent, pod tą pozorną łatwością Nowosielskiej płaszczyzny, za tą lekkością Pilchowej frazy kryje się tyle porażek, tylko niespełnionych nadziei, że można by było wielokrotnie strzelić sobie w łeb. O tym wszystkim myślałem, jadąc pociągiem IC z Warszawy do Wrocławia, wydając na bilet straszną część tego, co zarobiłem, przewracałem kartki „Dziennika” Pilcha oraz egzemplarza próbnego nowych opowiadań Etgara Kereta lewą ręką, ponieważ prawa, jak się rzekło, stała się nieczynna do odwołania. Z jakim trudem to wszystko nam przychodzi. Pisanie. Jak w tytułowym opowiadaniu Kereta „Nagle pukanie do drzwi” kiedy autor musi stworzyć historię na poczekaniu, ponieważ kilku facetów trzyma go właśnie na muszce. Celują i żądają opowieści. I jeszcze zamek błyskawiczny na języku. To z kolei Keret z „Rur”. Poszukajcie tego u siebie. Zajrzyjcie sobie w głąb tego piekła, do ust, czy coś tam się nie świeci. Pociągnijcie, być może na chwilę staniecie się kimś całkiem nowym, innym. Zamki błyskawiczne znajdują się wyłącznie na powierzchni języka. 

Tekst pierwotnie ukazał się w Artpapierze w 2012 roku