niedziela, 25 sierpnia 2013

"epidemia niedojrzałości" czyli "disco pigs" w malarni


„Płacz i wrzask ustał. Od tamtego momentu staliśmy się jednością. Nikt inny nie był nam potrzebny do szczęścia” - Taki oto początek perwersyjnej zażyłości, zarzewie wieloletniego związku, tak to widzi irlandzki dramaturg Edna Walsh. Od razu skojarzyło mi się, nie tylko z racji fonicznego podobieństwa z innym pisarzem, mianowicie z Irvinem Welshem, bo też Szkot za miedzą również opisuje problem społecznego wykluczenia, zajmuje go człowiek przegrany już na starcie, skazany na dorastanie w ruinach wielkiej rewolucji przemysłowej, na rodzinę, która, nawiasem mówiąc też jest ruiną. Diagnozy (na wskroś pesymistyczne) te same, chociaż Welsh potrzebuje do tego epickiego rozmachu. Irlandczykowi wystarczy kameralny dramat.

„Disco Pigs” doczekał się w Polsce dwu przekładów i kilku inscenizacji, za granicą został również sfilmowany; debiut Kirsten Sheridan całkiem bez echa nie przeszedł, chociaż bardziej scalił adwersarzy niż pochlebców. Trudno przypuszczać, żeby u nas komuś się chciało filmować dramat Walsha, chociaż jako żywo, łatwo się przekłada nie tylko na polskie realia okresu przemiany ustrojowej (i wpisuje w kanon takich filmów jak „Wojna polsko-ruska”, „Sala samobójców”, „Ki” czy też „Galerianki”), ale też ma w sobie pewien uniwersalny, egzystencjalny kapitał, który został „wyzyskany” w kultowych obrazach Arthura Penna (Bonnie and Clyde) i Olivera Stone’a (Urodzeni mordercy).

W każdym razie jest polska scena, a ta adoptuje większość dzieci niechcianych przez przemysł filmowy. „Disco Pigs” wystawił już Teatr w Opolu i warszawski Teatr Rozmaitości i „Prochownia”. Kilka dni temu na scenie Malarni, „u katowickich Masonów” w ramach projektu „Wykluczonych Portret Własny” miała miejsce premiera sztuki w wykonaniu Teatru Rawa, i nie należy sądzić, że to koniec prób z materiałem dramaturgicznym Walsha.

Spektakl w pełnym metrażu, właściwie filmowym zaczął się dynamicznie, od chaotycznej gimnastyki z elementami joggingu, hip hopu, ulicznego mięsa, słowotoku we wszystkich chyba slangach i narzeczach. I taki w zasadzie pozostał niemal do epilogu. Physical theatre, pomyślałem, tylko dla ubogich. Zgrywa, luzactwo, cała gama negatywnych emocji, przez które próbuje przebić się jakaś głębsza refleksja, ale to jak walenie pięściami pod lodem. Czasem, owszem, powstaje szczelina, coś wydostaje się na zewnątrz, jak owe natarczywie domagające się odpowiedzi pytanie „Jaki jest kolor miłości?”, lub szum oceanu na Cross Haven Beach, ale niemal natychmiast ten zawór z ewentualnym dostępem do „ja”, do pustki, która tam się kryje, musi zostać zamknięty. Zakrzyczeć rzeczywistość, wybawić się od siebie, za wszystkie czasy – oto priorytet pary przyjaciół i kochanków zarazem.
Generalnie, niemal wszyscy piszący o spektaklu wpadają w te same koleiny. Jedni powołują się na syndrom „Piotrusia Pana” u obu bohaterów (sic!) inni próbują losy Pig’a i Runt wpisać w mit „buntownika z powodem” (sprzeciw wobec codzienności itd.) albo co gorsza dopatrują się w nich „dwu wyrazistych osobowości, które nie chcą wtopić się w przygnębiający pejzaż swojego miasta”.
Problem spektaklu, sztuki źródłowej Walsha, ale i polskich adaptacji, tkwi w czymś całkiem odwrotnym. Najbardziej przygnębiający jest właśnie brak osobowości bohaterów, psychotyczna relacja, którą odżywia myślenie magiczne, w której iluzją okazuje się wszystko to, co rzeczywiste, zaś najbardziej zwariowana baśń otrzymuje rangę realnego. To zaklęcia utrzymują ich relację przy życiu, powtarzanie rytuału, który w dzieciństwie był czymś naturalnym, w dorosłości razi niedojrzałością (XXI wiek – epidemia niedojrzałości) ale i legitymizuje ich relację. Wydaje się, że tylko dziewczyna, Runt (ciekawy zabieg leksykalny, zestawienie kruchości z ucieczką) jest zdolna porzucić cudzy wzrok, którym ocenia świat i przejrzeć na własne oczy.
Reżyserka spektaklu, Karolina Maciejaszek, stawiając na młodzieńczy żywioł, emocjonalność przekazu utraciła coś istotnego, mianowicie ową sztuczność dialogu (widoczną nad wyraz w filmie Sheridan – wygląda ona jak niedoróbka warsztatowa, ale jest efektem przemyślanym), myślenie magiczne jest myśleniem obrazami (obraz królestwa, pałacu, miłości), całkowicie oderwanym od tego, co realne. Lost in translation, coś zawsze ulega zniszczeniu w przekładzie. Trudno. Dramatyzm natomiast pozostał w całej swojej psychologicznej nagości. Robin Skynner, świetny angielski psycholog, pisał: [Dziecko] które musi się dostroić do dorosłych postaw matki, w przyszłości odwróci się plecami do świata i uzna, że on nie istnieje. Na swojej mapie w ogóle nie umieści ludzi. Zajmie całą przestrzeń i będzie tam jedyną osobą. Jest to coś tak obłędnego, że nawet trudno to sensownie sformułować.
Miłość, odpowiada bohater w końcu, ma kolor niebieski. Ma barwę oceanu, w którym oboje chcą zniknąć. Wrócić do początku. Film Sheridan zaczyna się obrazem ludzkiego płodu, kończy właśnie widokiem oceanu. Zacząłem i skończę więc cytatem, tym razem z wiersza Lowella o Johnie Berrymanie: „Jego matka kochała syna żarłocznie, brak jej było jednak prawdziwej czułości; dlatego on kochał zawsze to, czego nie miał”.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz