sobota, 28 września 2013

w cieniu przekwitających matek



Śniło mi się dzisiaj, i nie był to koszmar, że główny konkurs wygrały „Płynące wieżowce” Tomasza Wasilewskiego. Za sny – wiadomo – nikt odpowiedzialności nie ponosi, a przynajmniej nie powinien. Chyba, że to sen polityczny i łamie wyborczą ciszę. Śnił mi się więc sukces debiutanta, który wszak już zdobył nagrodę główną w Karlovych Varach i nagrodę publiczności na festiwalu Era Nowe Horyzonty. Tylko teraz nie wiem, moje podświadome pragnienia zostały tu onirycznie zwizualizowane i nazwane czy też wobec snu powinienem zachować czujność, sen powinien być dla mnie ostrzeżeniem – zupełnie jak w Starym Testamencie – nie idźcie tą drogą?
Łatwo mógłbym ją porzucić dla jakiegoś skrótu albo raczej drogi nadkładającej drogi, poważnie okrężnej – w takim sensie, że sam musiałbym sobie zacząć udowadniać, że są filmy lepsze od „Płynących wieżowców”, a tak nie jest. I to jest, muszę zaznaczyć, sytuacja dla mnie ze wszechmiar nowa, niecodzienna, wyjątkowa. Wszak i Tadeusz Sobolewski zauważył ewidentną zwyżkę w Gdyni, hossę w polskim kinie, do której i film Wasilewskiego niechybnie się przyczynił. Niecodzienne jest, żebym nie śmiał wątpić, zwłaszcza po takich obrazach jak „Apacze” Perettiego, „Strażnica” Esmera, „I.D” Kamala K.M., a nawet „Uwiedzeni” Trueby, w rodzimą myśl filmową. Ale stało się, opowieść Wasilewskiego przekonała mnie, również do patriotycznych gestów.
Oczywiście mógłbym się przyczepić, że znów problemy z dźwiękiem – dzięki Bogu wgrano angielskie napisy, mogłem wreszcie zrozumieć polski dialog - że to jedyny obraz na osiem startujących w konkursie i dwadzieścia jeden, które zobaczyłem en masse, gdzie występuje dość powszechnie plucie (normalnie bym tego nie zauważył, ale w kontekście światowym, naprawdę robi wrażenie), do fabularnego zabiegu, którego nie wyjawię (żeby nie spojlerować filmu), a przede wszystkim do odgrzanego konceptu, mianowicie z  filmu „Brokeback Mountain”. Tyle że koncept po przeszczepie, w ciele polskim pogłębił się o kontekst, którego zabrakło u Anga Lee. Nie żeby Ang Lee o czymś zapomniał. Ang Lee nie mógł Tajemnicy Brokeback poprowadzić inaczej, Wasilewski również nie mógł wyplątać ze swojej historii figury Matki (ale i figury nieobecnego ojca). Do końca tutaj nie wiadomo, czy Matka rozrasta się z powodu tej nieobecności, czy też jej nadobecność w życiu synów, jest powodem wycofania się mężczyzn. Historia ale i psychoanaliza sugerowałaby raczej to drugie (nic lepszego nie mogło przydarzyć się psychoanalizie niż historia Polski). Nie śmiem przypuszczać, że reżyser mógł Matkę ulokować w charakterze strefy buforowej, żeby nie być podejrzany o nakręcenie stricte opowieści gejowskiej. Do dnia dzisiejszego dzielnie odpiera zarzuty, że to film LGBT. Ale to wszystko. Repertuar wątpliwości wyczerpał mi się. Zdjęcia kapitalne, humor bardziej inteligentny (niż zazwyczaj), gra aktorska na poziomie, sceny odważne, świetny finał. Bez śladu patosu, bez rozwiązania dla rozwiązanego związku. I dalej w biblijny deseń – najlepsze wino na koniec?
Prawda, nie jestem tu od spekulacji, sny bywają zwodnicze i przewrotne, toteż często tłumaczy się je przez odwrotność. Jeśli zatem śniłem główną nagrodę Ars Independent dla „Płynących wieżowców”, dostanie go pewnie inny obraz: równie społecznie zaangażowane I.D albo Apacze. Być może piękna, medytacyjna turecka opowieść, przypominająca trochę filmy Semiha Kaplanoglu – „Watchtower” Pelina Esmera? A niechby i autotematyczny, czarno-biały film Trueby „Uwiedzeni”. „Uzumasa Jacopeti” i „Spotkania po północy”, pomimo niewątpliwych walorów to filmy nieudane, „Oczekiwanie” za długie i zbyt enigmatyczne. A szkoda – bo pomysł na sportretowanie odmiennych stanów żałoby miał swój potencjał.





wtorek, 24 września 2013

czarny koń, jaki jest, każdy widzi



Czwarty dzień Ars Independent to jeszcze nawet nie połowa. Zebrać wrażenia, scalić, syntetyzować to, co już wyprojektowano na kilku ekranach kin, rzecz niełatwa, zwłaszcza dla kogoś, kto na kinie offowym się nie wychował. Kto na filmie niezależnym nie wyrastał (i nie wyrósł z niego jak z krótkich spodenek). Sama zresztą definicja OFF-u w kinie jest nieprecyzyjna. Przyznacie, że można nakręcić film wysokobudżetowy będący wyrazem własnej wizji artystycznej czy kultowego niekomercyjniaka. Amatorszczyzna też nie za bardzo pasuje do takich obrazów festiwalowych jak „Niewinni” Chen-Hsi-Wonga, „Die Welt” Alexa Pitstry czy „Apaches” Peretti’ego. By wybrać pierwsze długometrażowe filmy z brzegu. Idąc tym tropem do worka offowego należałoby wrzucić całego Bela Tarra i „trylogię” Semiha Kaplanoglu, a wyciągnąć wspomnianego Perettiego, Rona Fricke i Dumałę. Dwaj ostatni, rzecz jasna, są na Ars Independent na prawach specjalnych – Fricke w ramach Specjalnego Wydarzenia, Piotr Dumała w cyklu Retrospektywy. I jako juror Czarnego Konia Animacji. Ale mimo wszystko…

Druga sprawa – problem jednoczesności, prawdziwa bolączka większości większych festiwali w Kato, dotknął również festiwal filmowy. Niestety. O powtórkach pomyślano, ale i tak wiele materiału filmowego bezpowrotnie przepada. Dumałę mogłem poświęcić – większość jego animacji już widziałem, ale jak podzielić uwagę między świetnego, choć nierównego Liora Shamriza, retrospektywę Laili Pakalniny, Japan Independent z dwoma głównymi daniami konkursowymi i Dokumentami o twórcach? Ma ktoś jakiś pomysł? Teorię względności – zamknięte krzywe czasowe opracowane empirycznie? Przyjmę każdą, nawet nietestowaną na substancji cielesnej o masie człowieka. Póki co pozostaje mi niedoskonały siłą rzeczy system eliminacji. Folder festiwalowy. Plus intuicja. A że męska, nie kobieca -  to też produkt marnej jakości.

Nie miejsce tu na recenzje poszczególnych filmów ani czas ku temu – konkurs, jak się rzekło, bliski dopiero półmetka. Liora Shamriza, z którym wspólnie wczoraj oglądałem „Apaczów” w Rialcie – najbardziej dotąd profesjonalny obraz, przywodzący mi na myśl genialnych Austriaków: Seidla i Hanekego -również, z racji powierzonej mu funkcji, nie naciągałem na opinie (chociaż zagwarantowałbym tajemnicę wypowiedzi). 
Powiem tyle, że zaczynam tuż po południu, a kończę tuż przed północą, ledwo trafiając do własnego łóżka. Z Rialta do dwu kinowych sal studyjnych i Ateneum skracam sobie drogę przez labirynt dworca i trzewia molocha – Galerę Katowicką. Podziwiam festiwalowe intro oraz czarny, wróć – cienisty PR „Out of the Shadow” (niemal tak tajemniczy jak słynne „The truth is out there”). Rozsmakowuję się w realizmie magicznym i grach z konwencją filmową Shamriza, subtelnej nerwicy natręctw Tsubokawy, poetyckim i przewrotnym soft porno Yann Gonzales (ten sam zabieg, tyle że literacki – w wersji hard znajdziecie państwo w „Obscenariuszu” najnowszym zbiorze opowiadań Wojtka Kuczoka), czasem przysypiam, jak przy „Piątej Ewangelii Kaspara Hausera”, w którym jedyną logiką jest logika pastiszu („Koń turyński” Bela Tarra) ale też biję Alberto Gracii potajemnie brawo za sporą dawkę autoironii. Biały nagle ekran i opresywny dźwięk budzika – wybudziłby nawet umarłego. 

środa, 18 września 2013

wyżej już się mieszkać nie da


Trzeci raz słyszałem piątą symfonię w wykonaniu filharmoników, za to pierwszy raz w auli Akademii Muzycznej. Gombrowicz pisał w „Dzienniku”, że Niemcy dziewiątą symfonię Beethovena znają zaledwie na dziewięć procent. Być może Polacy piątą znają na pięć? Po arcywykonaniach symfonii c-moll, „symfonii losu”, jak ją czasem nazywają za biografem kompozytora – Antonem Schindlerem, po Mrawińskim i Karajanie a nawet Kleiberze, słuchać „oczywistych”, akademickich wręcz wykonań się nie da. Debussy narzekał na francuską nadprodukcję „piątej”, nie miał jednak pojęcia o spotach reklamowych czekolady „Leśny duet”, przeglądarki Google Chrome i dzwonkach do telefonów komórkowych. XIX wieczna nadprodukcja? Raczej asceza w porównaniu z czasami globalizacji. „Piątą” zredukowaną do czterech pierwszych nut, znają chyba wszyscy, „piątą” w wersji makro ma w repertuarze każda filharmonia, słowem – klęska urodzaju. Perły zaś rodzą się tylko w Deutsche Grammophon. Tyle dygresja. 
Tak się złożyło, że rocznicę urodzin, tym razem pełną obchodziłby w grudniu Henryk Mikołaj Górecki. Pomniki kompozytora są i nadal powstają – ostatnio na Placu Grunwaldzkim; muzyka stanowczo mniej trwalsza jest niż spiż czy brąz, bardziej eteryczna, że tak powiem – chociaż to pogląd dyskusyjny, zważywszy na los niektórych pomników w Europie Wschodniej i Środkowej. Góreckiego (jak i Kilara) na koncercie w AM zabraknąć nie mogło, chociaż nie oni jedni wyprowadzili muzykę z Kato na sceny światowe (mam na myśli Aleksandra Lasonia i Eugeniusza Knapika). Czasu na „Symfonię pieśni żałobnych” czy „Beatus vir” nie było, czwórki instrumentalistów miary Marka Mosia i spółki czy Kronosów do odegrania któregoś z kwartetów - również, za to świetnie do celu aniwersaryjnego nadawała się 9 minutowa kompozycja z 1980 roku na klawesyn/fortepian i orkiestrę smyczkową, op. 40. (Porównajcie państwo zresztą obie wersje, żeby zrozumieć, dlaczego wersja fortepianowa musiała czekać aż dziesięć lat na realizację). Sam Górecki nazwał utwór „wybrykiem”, krytyka i portale muzyczne zresztą skwapliwie trop pochwyciły, zapewne żeby usprawiedliwić krytyczne opinie typu „dwa akordy na krzyż”, „uboga polifonia” i takie tam. Niemniej muszę przyznać, że był to jedyny utwór środowego wieczoru, który wzbudził moje emocje. Nawet mimo nieco „kawaleryjskiego” rytmu, nieco frywolnej drugiej części partii fortepianowej (Anna Górecka), a może właśnie dla tego, że na zasadzie jakiejś przekory następuje ona po ciemnym, repetycyjnym, transowym "uderzeniu". Mógłby być koncert muzyczną ilustracją do niejednego dzieła, począwszy od Emila Ciorana „Na szczytach rozpaczy”, po nieludzką samotność monad na płótnach Caspara Davia Friedricha. Oczywiście konkurencji z III Symfonią i II Kwartetem Smyczkowym, czyli z muzycznymi arcydziełami „Koncert na klawesyn” nie wytrzymuje. Dzieła genialne niestety rzucają długie cienie. W którymś z wywiadów Górecki wspomniał o swoim domu na Gubałówce tak: „Wyżej już się mieszkać nie da”. Taka metafora na koniec.

środa, 4 września 2013

ballada o smyczku


Pierwsze zdanie jest kluczowe, tako rzekł niegdyś Jerzy Pilch, w pierwszym zdaniu rozgrywa się zasadniczo wszystko, sprawa talentu autora oraz wielkość powieści (nie jej rozmiar). Albo nas zauroczy, zaintryguje, zwiedzie albo zawiedzie, innych alternatyw nie ma. Można powiedzieć, rasowego pisarza, niekoniecznie z rodowodem, poznaje się po tym, jak zaczyna. Koniec można mu wybaczyć.
Paweł Potoroczyn swój późny debiut powieściowy – „Ludzką rzecz” – zaczyna świetnie: „Pogrzeby w Piórkowie miały więcej życia niż wesela, kinematograf i elektryczność”. Proszę tylko się wsłuchać w rytm tego zdania, jego opadającą kadencję, jego arcypolską, funeralno-romantyczną wymowę, swojskość pobrzmiewającą w owym nieznanym nam jeszcze, prowincjonalnym „Piórkowie”, z którego – jak z matecznika – wszyscyśmy wyszli, żeby teraz wieść żywot w blokowiskach metropolii. A dalej jest tylko lepiej.
Próżno by szukać powieściowego Piórkowa na mapie realności, chociaż co bardziej dociekliwi odnajdą wieś na Kielecczyźnie, niedaleko Opatowa, literacko już istotną (miejsce urodzenia Zbigniewa Masternaka), co bardziej dociekliwi odkryją prototypy Koloni Siwe, pola plebańskiego, powieściowych „trzech wierzb” (cztery lipy?), a nawet księdza Jan Molgę (proboszcz Morga?), reszta danych wprowadzi niechybny zamęt. Sąsiednie Białobrzegi wcale nie takie sąsiednie, tak samo Broniszewo, nie wspominając już o Bołtuciach (na Wileńszczyźnie). Rzesza niemiecka też nigdy nie mogła się „zaczynać za buczyną”, chociaż koncept, przyznam, nieźle brzmi.
Piszę o tym gwoli archiwistycznej  i recenzenckiej  powinności. Rzecz oczywiście nie w tym, żeby na siłę szukać zakotwiczenia w realnym. Granice są tu umowne, tak samo jak Historia. Umowny jest język z całym swoim staropolskim inwentarzem leksykalnym, oddany z mistrzowską biegłością, ale też poddany już na wskroś współczesnej obróbce.
Próżno by również w „Ludzkiej rzeczy” szukać klasycznej fabuły. Ramy powieści wytycza co prawda solidne wydarzenie, mianowicie pogrzeb Smyczka, akowskiego partyzanta, i jest to pretekst, zaryzykuję stwierdzenie, do snucia mniej lub bardziej do tego wydarzenia przylegających narracji. Niektóre wątki Potoroczyn ciągnie do samego finału, inne pozostawia nieledwie napoczęte, porzucone na powieściowej bocznicy, by powrócić do nich w kodzie utworu, która, jak się rzekło, poddana temu samemu prawu umowności, wcale nie znajduje się na końcu.
Śmierć i pogrzeb bohatera, ale także przywołana w retrospekcji nierozważna i romantyczna miłość do Wandy, jest więc w centrum, wytwarza ono silne ale zmienne pole grawitacyjne. Historie odrywają się od niego, ale i posłusznie wracają według jakiegoś tajemniczego cyklu. W istocie „Ludzka rzecz” z jej mnożącymi się opowieściami ale też z jej „łotrzykowskim rodowodem” przypomina opus magnum Potockiego. Czego my tu, proszę państwa nie mamy? I włoską księżniczkę i arcyksięcia Ferdynanda. Bitwę pod Verdun i obóz zeka pod Charkowem. Wiedeń u schyłku cesarstwa i japońskie haiku. Piłsudzkiego i Radetzkyego, japońskiego admirała Onishi, ojca kamikaze i historię lutniczej rodziny Dankwartów. Jest Ezra Pound i Thomas Eliott. I fortepian Paderewskiego. Prawdziwy żywioł. Nie tylko epicki sensu stricte, ale i dygresyjny, polemiczny. I eseistyczny. Zbyt to wszystko eklektyczne? Wcale nie? Zadziwiające, ale w tym nadmiarze, udało się zachować Potoroczynowi umiar. A przy tym rozprawić się, co z tego że tylko pozornie, z polskimi kompleksami wobec Europy. Jest w tym widoczny jakiś gest uwznioślający, nadający wyższą rangę. Prowincja Potoroczyna nie tylko bez kompleksów spogląda na Wiedeń czy Paryż, ona sama chce być Wiedniem i Paryżem, a właściwie nim jest i ma tego świadomość. Piękna utopia, to prawda. Każdą najmniejszą utopię bierzemy w ciemno. Czy jest to przełomowa powieść o polskich dziejach dotąd zawłaszczonych przez umęczoną szlachtę, jak pisze Andrzej Mencwel, powołując się na Brzozowskiego? Śmiem wątpić. Piórkowscy bohaterzy nie mają w sobie nic plebejskiego, albo raczej niewiele – to właściwie artystyczna komuna, która prawem literackiej kreacji znalazła się na polskiej wsi. Smyczek jest samorodnym talentem muzycznym, dziedzic Radecki próbuje malować, chociaż lepiej mu wychodzi snucie rozważań o sztuce. Stanisławski całe życie pisze dysertację, Dełeś eksperymentuje z teatrem. Wawrzyniec Kominek, obdarzony jest jakąś nadświadomością artystyczną i dialektyczną, Kazimierz Melus przepowiada śmierć. Nawet Niemiec Zerbst o mały włos „nie wynalazł telefonu i ortalionu”.
O Smyczku ballada

Partyzant był prawdziwy, z AK i naprawdę zginął, pisze Potoroczyn, czytamy na pierwszej stronie. Czy ta deklaracja oznacza, że wszystko poza tym było i jest fikcją? Albo że śmierć w tym kraju jest prawdziwsza, bardziej realna niż życie? („Nie, bez pogrzebów nie dało się żyć”). Wielu zapewne wolałoby skwapliwie przyznać rację autorowi, bo też dla akowskiego partyzanta z przeszłością, choć bez przyszłości (kobieciarz, włóczęga i złodziej, mimo że finezyjny i niepozbawiony artystycznych aspiracji) nie ma miejsca w konserwatywnej narracji historycznej. Nawet po próbie przeorania tej narracji przez „Morfinę” Szczepana Twardocha. Próbie, dodam nieudanej nie z powodu błędnych założeń, ale na skutek wyparcia jej głęboko egzystencjalnego znaczenia. Nie ma miejsca również dla ewidentnej ironii, z jaką Potoroczyn opisuje ruch oporu. Rację ma Dariusz Nowacki, kiedy sugeruje, że cała Piórkowska konspiracja w powieści Pawła Potoroczyna przypomina dziecięcą zabawę. W którą zaangażowani są, dodajmy, dorośli ludzie, proboszcz Morga, żydowski handlarz zbożem Haham, karawaniarz Kazimierz, Uklejowi bliźniacy powracający z obozu. „Kapela”, bo tak się zwie oddział partyzancki, podpisuje się kluczem wiolinowym (niczym Zorro), ma swój umówiony sygnał z kościelnej dzwonnicy, poza tym nie podlega żadnym strukturom podziemnym. I zamiast walczyć z okupantem lub chociażby szmalcownikami, wymierza sprawiedliwość Czynastemu, damskiemu bokserowi.
Trudno też zgodzić się z faktem, że kiedy w warszawskim getcie każdą sztukę broni zdobywa się z trudem, z cudem graniczącym, w lesie Smyczka „obradzają granaty”, broni jest pod dostatkiem, a bunkrów i ziemianek więcej niż jest w stanie wykopać cały pluton. Zaplecze „leśne” Smyczka jest baśniowe, on sam zaś przypomina ni to bohatera Okopów Św. Trójcy ni to młodzieńca ze Świtezianki, a w pompatycznej mowie pogrzebowej jego śmierć zostanie przez ks. Morgę porównana do pustki po pierwszej szabli Rzeczypospolitej, po Wołodyjowskim: „Panie chorąży Smyczek! Larum grają”. Czy tak się właśnie rodzą narodowe mity?
Zresztą sama okupacja też wygląda niepoważnie i groteskowo. Jeden tylko Zerbst, który od czasu do czasu postraszy, kogoś zastrzeli bez większego przekonania, jedna wieś spłonie (też przypadkiem). Centrum okupacji, że strawestuję pewien znany mi slogan, jest gdzie indziej. Zdecydowanie poza Piórkowem. Aż prosi się, żeby przywołać niedawny tekst Andrzeja Ledera i jego odważną diagnozę, że tej rewolucji (jeśli w istocie nią była) z lat 1939-56 nie przeżyliśmy świadomie, ale w sposób bierny, wręcz oniryczny, budząc się dopiero po 89 roku i rozumiejąc obszar pustki, jaki zajęliśmy, jednocześnie wypierając ze świadomości – po kim.
Ach, ale przecież mamy w powieści Hahama i jego przechrzczonego syna Dełesia! Szeregowca „Hioba”, postać jakby żywcem wyciągniętą z Bękartów wojny Tarantino, spełniającą żydowski sen o czynnym oporze i domorosłego filozofa, który po 45 roku oczywiście zasili szeregi UB, usprawiedliwiając tym samym nasz słuszny, polski gniew i miejsca, które się nam należały. Historię ludzkości – czytamy - pisze bowiem nie tylko to, co po nas zostaje, ale w takiej samej mierze to, co próbujemy skrzętnie ukryć przed okiem, uchem i nosem następnych pokoleń, bo zbyt ulotne, albo nadto kłopotliwe”.

Adela czyli Bianka

Na osobną uwagę zasługuje w powieści erotyzm. Potoroczyn potrafi pisać o cielesności, śmiem twierdzić, że w wątkach miłosnych wznosi się na wyżyny literackiego kunsztu. Oczywiście można erotyzm w „Ludzkiej rzeczy” wyabstrahować od wszystkich kontekstów i po prostu delektować co pikantniejszymi passusami, podziwiać leksykalną i słowotwórczą inwencję autora i niczym się doprawdy nie zaniepokoić. Można spróbować otworzyć „Ludzką rzecz” Schulzem, bo też figurę kobiecości ewidentnie zapożycza nie tylko ze Sklepów cynamonowych ale i Xięgi Bałwochwalczej.
Bohaterki powieści Potoroczyna to kobiety silne, dominujące, świadome swojej kobiecości, zmysłowe. Jest w nich widoczny zarówno rys Bianki, na wskroś melancholijny i hieratyczny i hedonizm Adeli. Rewers i awers tej samej figury. Kobiecość jest tu siłą wręcz kosmiczną, chtoniczną, niebezpieczną. Nie na darmo Potoroczyn tak często do jej opisywania korzysta z „chtonicznej, agrarnej” metaforyki. W konfrontacji z taką potęgą, mityczną ale też od początku niejako posiadającą psychologiczną przewagę, nikt nie ma szans. Nic dziwnego, że Smyczek, a za nim dziedzic Radecki a nawet Dełeś, który w 48 roku pacyfikuje oddział partyzancki, chociaż wcześniej niczym Schulzowski Jakub z czasu Traktatu o manekinach zostanie spacyfikowany przez Anię (Adelę), nie wychodzą poza krąg pierwotnego narcyzmu, poza niedojrzałość, poza romantyczny gest, który ma im zagwarantować rekompensatę utraconej (a może nigdy nie uzyskanej) podmiotowości.
„Dla dziedzica ta sypiająca z naganem pod poduszką straszna i zmysłowa kobieta o niepośledniej inteligencji, z empatią w zaniku i rozwiniętymi mięśniami Kegla była uosobieniem czyśćca i wcieleniem fantazji”. Poniższy cytat można uznać za kluczowy dla całej powieści. Tym samym była również Wanda dla Smyczka. Czyśćcem. Wieczną nadzieją powrotu. Do matki.
I to jest, proszę państwa, drugi powód dla którego, moim zdaniem powinno się czytać „Ludzką rzecz razem z „Morfiną”.


Tekst pierwotnie ukazała się w Tygodniku Powszechnym