środa, 29 stycznia 2014

sen, który chętnie zamieniłbym na rzeczywistość


Przyjeżdżamy do Rzymu, moi znajomi kończą rozmowy w sprawie otwarcia przedstawicielstwa polskiej firmy we Włoszech, ja zaś korzystam z wolnego czasu i włóczę się bez celu po ulicach wiecznego miasta. Klimat włoski – owszem, ale to miejsce bardziej przypomina głęboką prowincję niż metropolię – ulice uśpione, bezruch, martwota, kamienice śniące swój przedpołudniowy sen, oleandry w półcieniach, trzaskające gdzieś okiennice. Kościół św. Marii Magdaleny przypomina mi Chiesa di San Giovanni Batista w Compiano. Wyciągam aparat fotograficzny i robię zdjęcia. Przyciąga mnie szczególnie pewien detal architektoniczny budynku przylegającego do kościoła - ni to zwykły balkon ni loggia, okna ażurowe, zdobione witrażami, łuki mauretańskie. 
Na balkon wchodzi kobieta w stroju pierrota – wyraźnie, dyskretnie zwiększając ogniskową obiektywu, dostrzegam poszczególne elementy, makijaż (z bieli ołowiowej), precyzyjnie wykaligrafowane czarne łzy. Zaczyna się między nami dziwna gra. Kobieta-pierrot, widząc że weszła mi w kadr, dyskretnie próbuje się wycofać do apartamentu, ja uśmiecham się głupio i nieco niezręcznie próbuję być wdzięczny, ale w tym samym momencie, w tym ułamku chwili oboje już rozumiemy, że tak właśnie ma być, to znaczy ona rozumie, że nie może już wrócić do pokoju, ja - że nie mogę zrobić zdjęcia bez niej. Jeszcze targujemy się na nieśmiałość, kurtuazyjne gesty, dla zachowania pozorów przyzwoitości, w istocie bowiem odprawia się już między nami msza bezeceństwa, komunia feromonów, żal za grzechem, modlitwa niewiernych na odległość. Rozpoczynam sesję najbardziej wyuzdanych zdjęć w dziejach pornografii. Portretów. Czyli zdjęć Twarzy.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

trzech króli


Martwy sezon nastał. Ciągnie się od grudnia. „Zjechałem tu nie w porę, sezon jeszcze nie otwarty”, taka Wojaczkowa nuta przyszła mi na myśl. Na myśl o mojej obecności pod Archikatedrą. Słońce już wysoko, to znaczy nisko jak to w zimie, ale temperatura raczej wiosenna niż styczniowa. Cień kładzie się na frontonie kościoła, na schodach, filarach, szukam więc plastrów światła po drugiej stronie ulicy Powstańców, ogrzewam się, taję.
W procesjach brałem udział z rzadka, męczył mnie ten powolny marsz, ten tłok, to wpadanie na siebie i deptanie po piętach. To nie mój rytm. Mój chód to bieg raczej. No może półbieg. Żeby nie widać było, że to ucieczka. Każdy pośpiech to ucieczka. Spieszymy do punktu B, żeby uciec od punktu A, w którym beznadziejnie czekamy na siebie.
No ale Trzech Króli to nietypowa procesja, raczej orszak, korowód, coś na granicy religijnego i świeckiego, teatralnego i rytualnego, karnawałowego i postnego. I miesza się tu zaprawdę wszystko ze wszystkim – sacrum i profanum, stare i nowe, jarmarczne, tandetne i mistyczne. Powiewają flagi z krzyżem maltańskim i bohaterowie anime nadmuchani helem, niosą się kolędy i dym z e-papierosów, rozgrywają się jasełkowe kanony i nagrywają filmiki na setkach wycelowanych w orszak smartfonów. Fronton katedry ogłasza wiarę w Syna Bożego, filary zaś reklamują dobrze ulokowany hajs: Panfil na straży należności, Skok Wesoła i InterRisk Vienna Insurance Group. Słyszę melodyjne zaśpiewy z megafonów, że serce człowieka na ciebie czeka albo piękno stworzenia ciebie odmienia, i kłótnię dwu mężczyzn nad wózkiem gondolą. Nie wiem, czy tylko ja tak mam? Jestem w jakiejś rażącej mniejszości? Przeciwieństwa się przyciągają? Wolałbym nie słyszeć ani nie widzieć tych kontrastów. Żeby nie powiedzieć – zgrzytów. Dać się ponieść zbiorowej dziecięcej euforii albo przynajmniej znaleźć się w grupie docelowej, w targecie wspólnotowego przeżywania święta Trzech Króli. Ale nic nie poradzę, że z tym świątecznym tłumem (tysiąca? dwóch, trzech tysięcy) katowiczan z trudem się zbliźniam, z oporem socjalizuję, nie znajduję zakotwiczenia we własnej pamięci – może jedynie odległej jakiejś, niemniej silnej emocji przeżywania jasełek w dzieciństwie: Była zima stulecia. W zasadzie jedna z wielu zim stulecia. Miałem sześć lat, szedłem z matką z przystanku PKSu do domu wujka w Zajezierzu. Trasa Toruń-Inowrocław. Kilka kilometrów tunelem wydrążonym w śniegu. Czarna styczniowa noc. I nagle światło. Nie wiadomo skąd. Światło w tym tunelu – ciepłe, złote wpadające w oranż. Za zakrętu wyłania się żółta gwiazda, potem trzej królowie, tur głucho kłapiący żuchwą. Na końcu diabeł i śmierć. 


niedziela, 5 stycznia 2014

viva dała do vivatu

Tydzień wymiany mejli z Vivą, żeby przeforsować jedno z kilkunastu zdjęć ślubnych Wojtka Kuczoka i Agaty Passent. Tylko po to, żeby zobaczyć zdjęcie-sajgon, zdjęcie-koszmar, antyfotografię, dzieło najebanego grafika na wylocie, oraz swoje nazwisko pod fotą jakiegoś paparazzi-yapiszona. Nigdy więcej konszachtów z wysokonakładową prasą w Polsce. Chyba, że za zaporowe honorarium, za które przynajmniej narąbie się po pańsku, zapiję własną naiwność a potem w miesiąc walnę powieść antykorporacyjną. Howgh.