czwartek, 27 lutego 2014

piękna apokalipsa


Oglądam Notes for an Epilogue Tomasa Dezso. I porównuję z wcześniejszym Here, Anywhere. To w zasadzie jeden i ten sam projekt. Patrzcie – mówi Dezso – Nikt tu się nie buntuje przez rozpadem! Życie odchodzi z godnością! Jest w tym apokaliptycznym geście jakaś wrodzona czystość i precyzja. Ludzie współpracują z czasem. Jeszcze trochę i rozmontują całą postkomunistyczną Rumunię. Zostaną tylko skały, krystaliczne, zimowe powietrze i rzeki. Nie wiem, czy to HDR-owy efekt czy wszechobecna mgła, ale oglądam te prace i myślę sobie: Tak. Tak mógłby wyglądać koniec. Tylko sól, szron i rdza. Kamień i szron. Tak właśnie. Jak u Krynickiego. Bo też Krynickiego wierszy zdają się być zdjęcia Dezso najlepszą ilustracją.

Całość tu: Notes for An Epilogue




niedziela, 23 lutego 2014

kraty w kółka. kobierki. prolog.


Ja to w ogóle nie wiem, gdzie żyję. Za bardzo wewnętrznie chyba. Ciało i więzienie? Ten romantyczny patos jest mi tu niepotrzebny. Ale życie gdzieś ucieka jak przez nieszczelny wentyl. Mówię sobie: bądź uważny. Nie żeby od razu czujny; chodzi wyłącznie o uważność. O osmozę. No więc jadę do Marty na Babińskiego, a myślę, szkoda że nie jest w Kobierzynie, bo właśnie czytam powieść Grzesia Franczaka, która jeszcze nie wyszła w Lokatorze, i powinienem tam być. Znaczy się Kobierski z „Kobierkami” w Kobierzynie bezwzględnie powinien się pojawić, ale na razie jest na Babińskiego. Marta myśli, że ja wiem, że Babińskiego i Kobierzyn to jedno i to samo, poza tym chyba nie sądzi, że to takie dla mnie ważne. Okazuje się, że jednak jest. Przypadkiem się dowiaduję, pod pomnikiem z brązu polsko-żydowskim. Że jestem jednak w Kobierzynie. I co jeszcze do mnie dotarło. Polski wariat to pół biedy, ale żydowskiego wariata normalny Niemiec musiał normalnie zabić dwa razy? A co, jeśli żydowski wariat był na dodatek komunistą? I na dobitkę – homoseksualny? To cztery razy taki multizombie, multiobcy musiałby wstawać na nogi, żeby definitywnie zostać wyeliminowany?
No dobra, ale tu wyprzedziłem fakty. Na razie jeszcze jadę. Po drodze tankuje, piszę i odpowiadam na smsy: „Będziemy tylko na terenie szpitala czy nie? Bo nie wiem czy anulować przepustkę?”, „Pogoda marna na centrum chyba”, „Okej, to anuluję”, „Ale jak chcesz np. pojechać gdzieś. Może Zakrzówek?”, „No, moglibyśmy”, „To nie anuluj”.
Jadę. Chrzanów, Rudno, Balice, Kameduli po lewej, Benedyktyni po prawej. Na Babińskiego szlaban. Płacę pięć złotych za przejazd i parking. Mówię, że szukam psychiatrii. -Ale jaki numer bloku? Tu jest pięć oddziałów! – odpowiada kobieta. Cerberowa. Nie wiem – odpowiadam zgodnie z moją niewiedzą. – To niech pan jedzie do Izby Przyjęć. Na rondzie w prawo, potem za apteką skręcić w lewo, będzie kościół, naprzeciwko Izba Przyjęć. Jadę. Wszystko mi się myli oczywiście. Dzwonię do Marty. – Szukaj bloku z jasną elewacją i kratami w kółka.
Co to są kraty w kółka? Mniej więcej to samo co cukier w cukrze. Chodzi mianowicie o natężenie kraty w kracie. Im większe natężenie, tym gorzej. Koledzy Jurka (Więckiewicz) głowy za kratę nie wystawią, ale flaszka przejdzie. Psychotycy mają gęściej. A już pacjenci z Psychiatrii Sądowej o Wzmocnionym Zabezpieczeniu to już całkiem mają przejebane. Nawet spojrzenie seryjne nie przejdzie. Jeśli akurat przebywają w bloku. Bo oprócz bloku mają wybieg. I ten wybieg jest jak mały kurort. Gazon, drzewka, plastikowe fotele z Ikei w rzędzie. Tam sobie wypoczywają. Opalają się, jak słońce zaświeci. Dzisiaj słońca nie ma. Mgła jest. 
No więc kraty w kółka to są takie hurraoptymistyczne, hedonistyczne kraty. Z widokiem na park i platany. Może nawet na resztę życia przeżytego w miarę funkcjonalnie. Na dole neurologia i hodowla roślin. Na piętrze słynny w Polsce oddział Siedem eF. Siedem eF czyli pot i krew (Wszystkie liście kurwa spadły z drzew). Zaburzenia osobowości i nerwice. Siedzimy w sali audiowizualnej, która jest jednocześnie salą odwiedzin, pijemy herbatę, gadamy. W korytarzu wisi portret Boga-Freuda z dymiącym cygarem (dzieło jakiegoś bordera, narcystyczni jak wiadomo uwielbiają autoportety), tablica ogłoszeń, kserówka „Zaplątanych” Marty Mazuś z Polityki, w sali – kartka z ogłoszeniem „Nie ruszamy niczym po podłodze. Duża kanapa i duże fotele zostają na miejscu nawet podczas dużej społeczności”.
My nie zostajemy. Nieważne czy z powodu małej czy dużej społeczności. Do Zakrzówka mamy osiem kilometrów. Parkuję przy Norymberskiej. Przepustka na cały dzień. I nagle ta przestrzeń. Nawet mnie zatkało, a nie mam w domu krat. Wapień, mgła, woda kolorze szmaragdowym. Marta wącha nagłą wolność, ja mam niestety katar. Dla mnie to przedwiośnie jest całkiem bezwonne.  – Dobre miejsce na samobójstwo – mówi Marta, a jej oczy, pięknie wykrojone – z jakimś wschodnim akcentem, jeszcze bardziej się zwężają. – Na miłość również – odpowiadam, patrząc na zużyte prezerwatywy.

piątek, 14 lutego 2014

śmierć jest królową



Beata Chąmotowska w Tygodniku o Beksińskich. A w zasadzie o „Portrecie podwójnym” Grzebałkowskiej. Znakomity szkic, czytam go równolegle z Tochmanem („Leży we mnie martwy anioł”). Chwała i za to, że próbuje z podwojonego cienia wydobyć Zofię Beksińską (przypomina to zmagania z cieniem innej Zofii – Nowosielskiej - opisane przez Krystynę Czerni). „Ten portret podwójny równie dobrze mógłby być portretem potrójnym” – pisze Chomątowska.
Jaki obraz się z tego portretu wyłania? Superżony, nadkobiety, Megamatki z Sèvres. Istoty doskonale ogołoconej z siebie, z własnych pragnień i historii. Dającej absolutnie wszystko, nie biorącej nic w zamian. A jednak żyjąc w podwojonym cieniu, „w komórce na miotły”, można ubezwłasnowolnić całe domowe królestwo. Żadne intrygi nie są tu potrzebne, wystarczy ciągła nadwyżka miłości, której nikt nie jest w stanie spłacić. Oraz umiejętnie (co nie znaczy świadomie) projektowany lęk. Jak brzmi pozawerbalny komunikat Zofii? Beze mnie jesteś słaby. Nie dasz sobie rady, synu. Nie podołasz życiu. Zofia jest satelitą, mąż i syn – wahadłowcami. Tak o sobie mówią. „Kiedy jej zabraknie, wszystko się zawali” – dodaje Chomątowska.
Czy aby na pewno matka dając wszystko, nie bierze nic w zamian? Czy nie jest właśnie tak, że „za karę” symbolicznie odbiera życie tym, którzy nie są w stanie zauważyć jej ogołocenia, pustki, jej własnej śmierci? I oto jej syn, Tomasz w końcu przywdziewa maskę wampira. Jest jak umarły. Pisze i myśli o sobie: trup. Mieszka w domu-krypcie. Jeśli wychodzi z domu, to przeważnie po zmroku. Potrzebuje symbolicznej krwi. Oczywiście krwi innych kobiet, które dadzą mu życie odebrane przez matkę (kobieta wąż to druga obok wampira ważna figura w bestiarium Tomasza Beksińskiego). Tochman zauważa podstawowy fakt: Tomasz staje się czuły dla matki tylko wtedy, kiedy w jego życiu pojawia się inna kobieta. Ale też żaden związek z kobietą-buforem, kobietą-żywą-tarczą nie może się stać relacją funkcjonalną. I żaden oczywiście nie trwa zbyt długo. „Moje królestwo potrzebuje królowej”, pisze Beksiński. Niestety „królową jest śmierć”.




środa, 12 lutego 2014

co się wydarzyło w carrefourze


W Carrefourze to ja robiłem zakupy. Mój boże, normalne zakupy. Na obiad, kolację. Jak co dzień. Idę z tym wszystkim do kasy. Kolejka już za mną spora, bo jedno stanowisko na cały sklep czynne. W dodatku zapomniałem zważyć pekińską, marchew i zieloną paprykę. To wracam i ważę i znowu wracam. Szepty już są, propaganda szeptana, krzyków jeszcze nie ma. Kasjerka paniąsabinę woła, panisabiny nie ma. Płacę kartą, odbieram. Stop. Sygnał na bramce jest. Świetlny i dźwiękowy. Na cały Carrefour. Następuje zmiana dekoracji na twarzy kasjerki. Z obojętnego zmęczenia na jadowitą nieufność. Ochrona wyrasta jak po deszczu. Dorodny okaz. Samo zdrowie psychiczne. Kasjerka znowu woła paniąsabinę, panisabina drugi raz zapiera się kasjerki. I tutaj następuje moment domniemania winy. To już nie jest nienacechowane „proszę otworzyć torbę”, ale „co pan w torbie ukrył?” Czy coś ukryłem? Włożyłem przez przypadek? Podłożyli interwenci? Służby więzienne? (nie, to inna bajka zupełnie). W kolejce już wrze, puchną ładunki dodatnie i ujemne, zaraz jebnie, to pewne, tylko jeszcze nie wiadomo gdzie. W kasjerkę, paniąsabinę czy we mnie. Albo we wszystkich naraz. Bym się nie zdziwił. Do tego wstyd, bo mi wszystko ochrona wyciąga z torby. Jakby mnie rozbierali, się czuję. Kindle już leży, nowy Tygodnik Powszechny, gaza jałowa Matocomp, mala tybetańska do pokłonów. Kurwa, brakuje jeszcze tefilinu i Koranu. Byłby komplet.. Dalej – z dziesięć długopisów – te sprawdzają dokładnie, dwa zapasowe klucze do stacyjki, pigularz. Oczywiście otwierają pigularz z antydepresantami, bo mogłem tam przemycić kawę Jacobs albo kilogram kiwi. Kolejka robi drugi zakręt, jest już jak w PRL-u. Panisabina biegnie, przełyka coś w biegu, jako ostatni wypada z torby Coetzee. Spocony jestem, kasjerka wściekła, tłum mięknie, bo Coetzee dzwoni jak najęty. Ochroniarz podnosi „Ciemny kraj” jak zwoje Tory, ja podnoszę oczy. Śmiało. Z ulgą. A nawet rosnącym wyrazem triumfu. Wcale nie chodzi o tłum przysięgłych. Ani o kasjerkę. To dziwne, ale triumfuję, jakbym sam sobie coś udowodnił.

niedziela, 9 lutego 2014

lomosession

No więc zamarzyła mi się Holga. A w zasadzie fotografia bez spinu, na luzie. Plastik i zrąbana zupełnie głębia ostrości. Taki fotograficzny realizm magiczny. Taki Cortazar albo Keret wśród Proustów i Mannów. Nie umniejszając niczego Keretowi. Otóż właśnie bez wewnętrznej presji precyzji, przebierania w szkłach, węszenia za światłem, zachciało mi się zdjęć. Dla czystej przyjemności pstrykania. Część pierwsza, pejzażowo-urbanistyczna.










sobota, 8 lutego 2014

żałoba jest wspólną ojczyzną


'Okazało się, że przeżywanie śmierci właściwie mnie paraliżuje, że cały czas prowadzę ze sobą wewnętrzny dialog na temat swojego osierocenia. /…/ Ta książka była we mnie całymi zdaniami. Chodziłam po ulicach i całe frazy we mnie mówiły. /… / Rozpaczałam w ten sposób. Pisałam ze środka bólu' – mówi Inga w wywiadzie dla Wysokich Obcasów. Końcowe rozdziały 'Umarł mi' przywołują „szwajcarski mit” ojca, który oczywiście nie wytrzymał próby czasu, okazał się fiaskiem. Tak jak i sam notatnik żałoby. Rodził się – to prawda – z jakiegoś automatyzmu, jakby „żałoba chciała się wygadać” – ale cel był ściśle określony – dotrzeć do ostatniej żywej rozmowy. Sery się zje, linie papilarne w końcu znikną z przedmiotów, wymowność ostatniej fotografii jest pozorna. Pamiętam, że moje własne notatki powstawały wedle tego samego mechanizmu. Całe zdania, okresy, całe frazy już były we mnie. Jakbym był mówiony, a potem używany do pisania. I też zostałem na końcu z tym dojmującym uczuciem nieciągłości. Dalej niekompletny. Jakby nic się nie wydarzyło, słowa donikąd mnie nie zaprowadziły. To oczywiście złudzenie, bo literatura żałobna nie prowadzi do "jakichś miejsc", tak jak terapia nie przynosi nigdy gotowych rozwiązań. 

niedziela, 2 lutego 2014

styczeń za nami


Styczeń za nami. Noc jeszcze wyśniona, pełna. Noc dojna. Piece wypalone, zimno liże stopy. Pierwszy wstaję, wprowadzam życie. Ubieram się we wszystkie ciuchy, jakie ze sobą przywiozłem. A świt ledwo dotyka framugi, ogień tli się w soplach. „W każdym rozbłysku dreszcz gorączki pała, jakieś żarliwe pragnienia”. Muchy, wczoraj zbudzone, znów zapadają w hipotermię.
Wyludniło się To miejsce. Agnieszka przepija swoją młodość w Częstochowie. Anka zaraz do Cz-wy wraca. Adam tylko na chwilę. Aśce się nie chce, a Grzegorz jeszcze nie wie. Mirek na feriach, Marcin na pogrzebach. Grażyna akurat bierze kąpiel ze Sławkiem albo przesypia zimę przed telewizorem. Tylko dzieci są wolne. Ale czas i to niedługo zmieni.