środa, 25 marca 2015

Powroty

na stare, chorzowskie drogi. Na śmieci. Niech będzie, że jest to trochę wyświechtana metafora, ja widzę w tym wiele dosłowności. Bo to miasto jest ruiną, odpadem po modernizacji stolicy regionu. Ale właśnie dlatego tak mnie przyciąga. Nawołuje z niedalekiej oddali. Jest jeden niezawodny sposób na pomiar biedy: wystarczy policzyć szmateksy, lombardy i chwilówki. Przy czym nawet to, co ludzie kupują czy zastawiają, jest tu towarem trzeciej kategorii. Jakby wszystko co naprawdę wartościowe już zostało oddane i kupione, a teraz następuje zalew nijakości. Jest mi przykro, ale jednocześnie odczuwam ulgę, kiedy widzę te odrapane ściany, modernizm nie usunięty przez postmodernizm, szyldy niezmienione od początku lat 90 tych, a za nimi ciemność pustostanów, których nikt nie miał siły wynająć. Tego tu właśnie brakuje. Siły. Witalności. To miasto jest jedną wielką, białą flagą. Niewykluczone, że przemawia przeze mnie jakiś egoizm. Że nic nie obchodzi mnie los tego miejsca, ważne jest tylko, żeby na tej mapie wciąż istniały punkty, które wyznaczały tamtą, dawną geografię. Kwiaciarnia na rogu Dąbrowskiego i Jasnej. Witryna fryzjera przy Chrobrego, targ na Wolce, czy sklep muzyczny naprzeciw „drapacza chmur” – pojawił się tuż po tym, jak przepadł ostatni saturator w mieście.
Pamiętam pewne wydarzenie. Był rok 96-ty, mieszkaliśmy w zagrzybionej oficynie przy Alei Bojowników. Właśnie urodziła nam się pierwsza córka. Przed bramą stał facet i płakał. Nie wiedziałem, co powiedzieć, więc milczałem. „Chciałem jeszcze raz zobaczyć dom, w którym się urodziłem”, rzekł po chwili. Jakby czuł, że jest mi winny to wyjaśnienie. Że potrzebuje świadka, żeby wybrzmiało to z całą mocą. Myślałem wtedy, że dzieli nas kosmos. Ale też, zdaje się, pomyślałem, że kiedyś powtórzę ten gest, i będę wdzięczny, jeśli znajdzie się ktokolwiek, kto obdarzy mnie wtedy uwagą.