poniedziałek, 27 kwietnia 2015

OSA w Kato






Jest coś niepokojącego w widoku tzw. „inżyniera dźwięku”,  to jest - wykonawcy muzyki elektronicznej, ambientu, drone'a, noisu, industrialu itd., a może nie tyle samego wykonawcy, co sceny z wykonawcą, a więc przestrzeni, z której dobywa się dźwięk, scalony albo nie z obrazem, i przebywa tam zarazem wykonawca, „inżynier” , konstruktor, demiurg, jak zwał tak zwał. Niepokojące jest właśnie owo „przebywanie”, ta obecność jakby nie do końca obecna, substancjalność nie do końca fizyczna, i sprawczość nie do końca sprawcza. Okej, myślę sobie, coś ci ludzie przy laptopach, konsolach, sekwenserach jednak robią. Organizują przestrzeń dźwięku. Nie wymaga to od nich jakiejś naaktywności, nie wspominając o kontakcie wzrokowym z publicznością. Facet, np. taki Jędrzej Borowski, czy Rutger Zuydervelt po prostu przychodzą na scenę, na której występują (tak pół na pół), i od początku do końca koncertu nie podnoszą głowy w kierunku, w którym wedle wszelkiego prawdopodobieństwa powinni znajdować się słuchacze. To znaczy my. Majstrują przy pokrętłach, touchpadach, modułach, improwizują w tych stosach kabli niczym jakiś zaginiony okazy serwisantów z lutownicą w ręku, i nie widać po nich ani wysiłku ani emocji. Nie pierwsze to moje koncerty muzyki elektronicznej przecież, nie pierwszyzna to dla mnie, a jednak ciągle nie mogę tego niepokoju w sobie ugasić, nadziwić się tej sterylności, nawet kiedy zamykam oczy, ten obraz, to pęknięcie mam stale przed oczami.
Bo muzycznie koncerty OSA w Kato wypadły całkiem przyzwoicie – zwłaszcza w wykonaniu brytyjskiego tandemu Tomaga, który dla mnie był jakby miniaturą (muzycznie i wizualnie) koncertu Godspeedów w 2013 roku na OFFie – oraz przy założeniu, że zapowiedzi z lineupów przeważnie budzą nadzieje większe niż rzeczywistość jest je w stanie spełnić. Więc i owszem: kupiłem Jędrzeja Borowskiego, który świetnie mimetyzował dźwięki natury i kolażował je z hałasem industrialnym, wizualnie mnie nie zachwycił – bo to w zasadzie były długie repetycje kilku graficznych form, z kolei pomysł Zuydervelta /Machinefabriek, żeby wystąpić z minimalistycznym programem w całkowitej ciemności uważam za totalne nieporozumienie. Tym bardziej, że facet przecież zawodowo zajmuje się grafiką i sztuką perfomatywną. Tym bardziej – dodam – że tegoroczny festiwal Open Source Art reklamowany jest hasłem przewodnim – SYNC, czyli ściślejszej współpracy dźwięku i obrazu. Więc tak sobie myślę, że improwizacje Zuydervelta – trochę jakby bezsilne, minimalistyczne czy owe „zawieszone kulminacje” po prostu domagały się wizualnej pomocy, ilustracji, a tych po prostu i niestety zabrakło.
Na tym tle występ Tomagi zrobił na mnie mocne wrażenie. Nie tylko dlatego, że wygenerował sceniczny ruch i wprowadził element akustyczny – przede wszystkim samą, narracyjną materią muzyczną, repetycjami, transowym, synkopowym rytmem, który wreszcie wprowadził mnie w jakiś flow. I proszę – nawet w zapowiedzi brytyjskiego duetu opensourcowi  decydenci przestrzelili – miało nie być wyjątkowych wizualnych doświadczeń, a jednak okazało się, że są. Może nie wyjątkowe, ale są. Ilustrujące „dosłownie” muzyczny wertykalizm, ale i kontrapunktujące frazy bardziej poziome, horyzontalne. W każdym razie lepsze to niż oglądanie sto razy obrotu tej samej figury. Lub niż nic.


czwartek, 16 kwietnia 2015

Materia związku


Niezwykły klimat. Zapach farb, terpentyny, paczuli i kadzideł. Mnóstwo zakamarków, labirynty półek z książkami, małe drzwiczki wiodące do kuchni, a stamtąd do kolejnych pomieszczeń. Przez parę lat spotykaliśmy się tam co wieczór, wypijając hektolitry czarnej jak smoła herbaty. Gadało się i gadało. Ale też robiło: kolorowało karty tarota, tłumaczyło koany i krótkie teksty buddyjskie, głośno czytało. To krótkie, obrazowe wspomnienie Jerzego Ilga dopełnia inny bywalec artystycznego squatu na Piastowskiej,  Henryk Waniek: Myśmy się w tam kolektywnie dokształcali. […] Jechaliśmy w stronę czegoś, co niejasno można było usytuować między ekspresjonizmem a nadrealizmem.
Tak, miały Katowice swoją awangardę, swoją pierwszą ligę. Łódź miała Strzemińskiego, Kraków - Kantora, Nowosielskiego, Wróblewskiego, Marię Jaremę, w Kato na strychu przy Piastowskiej – miejscu legendarnym, kultowym w latach sześćdziesiątych i w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych – tworzyło artystyczne małżeństwo: Urszula Broll i Andrzej Urbanowicz.
„Niebezpieczne związki”- tytuł wystawy, zaczerpnięty z głośnego epistolarnego dzieła de Laclosa nie ma oczywiście zamiaru podbijać stawki skandalu, jaki towarzyszył  publikacji powieści. Jest dwuznaczny, przyciągający, bo po pierwsze generuje (na wyrost, ale o tym nie musimy wiedzieć) jakąś nadzieję na „wejście w cudzą intymność” – jest efektowny, świetny na lead, po drugie formuje zakres interpretacji, którą proponuje Ewelina Krzeszowska, kurator ekspozycji. Właśnie w tej propozycji tkwi owa dwuznaczność. Z biografii wynika bowiem niezbicie, że związek Broll i Urbanowicza mieścił się poza możliwościami polskiej średniej, zarówno jeśli chodzi o przebieg jak i intensywność (wzajemna stymulacja intelektualna to w ogóle jest dla większości polskich małżeństw kosmos). Wystawa jednak w jakiejś części podważa idylliczną biografię. I owszem – ujawnia wzajemny wpływ, przenikanie, artystyczną osmozę, ale ten sam czynnik sugeruje istnienie elementu hamującego rozwój. Bo pytanie jest tu zasadnicze – jak potoczyłyby się losy obojga artystów, gdyby dojrzewali osobno? Gdyby dane im było zaledwie spotkać się – tak jak spotkał się Urbanowicz z Beksińskim, w połowie drogi i bez wzajemnego wpływania na siebie – nie zaś wieść wspólne 20- letnie niemal życie w tej samej przestrzeni.
Ekspozycja jest zresztą tak pomyślana, że tych pytań o wzajemne relacje nie da się uniknąć. Na jednej ścianie prace Urbanowicza, na drugiej - Broll. Żadnego pomieszania materii. Jest oś symetrii, czy też quasi symetrii i linearność. Widać wyraźnie, że malarstwo Broll ewoluuje od jasnej, przejrzystej palety, od pełnego spektrum monochromatycznego do form cięższych, ciemniejszych (jak u Marka Rothki), do informelu (Alikwoty). W tym momencie po raz pierwszy artyści zbliżają się do siebie. Urbanowicz wykorzystuje tkaniny – wtopione, perforowane – to jest jego sposób na formowanie przestrzeni i waloru. Jego obrazy są przejrzyste (mimo zastosowanej czerni – tkanina jednak wprowadza pewną gradację chromatyczną) i arytmetyczne, Broll w Alikwotach walor buduje za pomocą koloru – tak jak pracach na papierze z lat 50 –tych, ale jej „informel” jest bardziej dynamiczny, zachłanny – faktura obrazów jest gęsta i przypomina strukturę wylewu wulkanicznego po zastygnięciu. W płaszczyznę Alikwot wtopione są płótna, piasek, skorupy, żywice i werniksy. Ewidentnie oboje w jakiś sposób próbują przedstawić własną wersję Apokalipsy. Takie mam wrażenie. Bo przecież tkaniny Urbanowicza to nie tylko podział i geometria, nie tylko sakralność (poprzez odwołanie do ikonografii), to również architektura. Ciemne, opuszczone budynki, bloki. Tak wyobrażam sobie urban po wygaśnięciu wszystkich świateł. Po nadejściu nieskończonej nocy.
Widać już jednak kolejny moment graniczny – w Alikwotach Broll wprowadza motywy figuralne – które niebawem wyewoluują w abstrakcję geometryczną, ale będzie to również powrót do rozwiązań wcześniejszych (w przestrzeni koloru), Urbanowicz zaś sięga po rozwiązania Broll, eksperymentuje z fakturą i dodaje od siebie element mistyczny, czy też mistycyzujący, który antycypuje w jakimś sensie ostatni okres w pracy twórczej Urbanowicza – cykl Listów do Eris. Rolę się odwracają – w drugiej połowie lat 60 tych to Broll staje się przejrzysta i matematyczna, u Urbanowicza jest jakiś nadmiar. Przepych (w kontekście wcześniejszych prac), ale nie chaos. I jeszcze raz małżeństwo, wszakże od 1978 roku nie będące już małżeństwem, „określi” wspólną przestrzeń poszukiwań – myślę tu właśnie o powstałym w 2007 cyklu „Listów” Urbanowicza i gwaszach Broll „Z gestu” tworzonych od lat 90-tych do teraz. Będzie nią kolor. Artyści poszerzają zakres barw, zaczynają nawet używać barw spektralnych. Broll nadal modeluje bryły, w tym figury osiowe, Urbanowicz, który przeszedł przez buddyzm, recytuje swoje mantry, odmalowuje wersje sansary, zarodki i mgławice, początek i koniec. Nie tylko kolor ich łączy. Myślę, że oboje w tej radosnej, infantylizującej trochę formie godzą się z upływem czasu. Ufam tej kolejności. I temu porządkowi. Przemawia do mnie ta afirmacja, która nie jest jakimś diabelskim happy endem ale po prostu stanem harmonii, która nigdy nie jest dana z automatu.
Aż się prosi, żeby o tym duecie napisać książkę. Nakręcić film, albo przynajmniej stworzyć spektakl, taki jakiego doczekała się inna wybitna para artystów – Strzemiński i Kobro.

Niebezpieczne związki. Broll i Urbanowicz. Muzeum Historii Katowic. Kurator wystawy: Ewelina Krzeszowska


środa, 15 kwietnia 2015

Wacław Zimpel

Wacław Zimpel, rocznik 1983. Instrument: klarnet. Lideruje takim formacjom jak: The Light, Hera, Wacław Zimpel Quartet, Undivided, Four Walls. Specjalność: jazz, klezmer, improwizacja etc. Dyskografia liczona już w dziesiątkach. Grał m.in z Hamidem Drakem, Zerangiem, Mohktarem Ganią, wielokrotnie z Trzaską i Rogińskim.
Dwa lata temu miałem okazję występować z Zimplem w Nakle. Była późna ale sucha jesień. I zostało z tego spotkania (aszkenazyjsko-sefardyjskiego) kilka zdjęć.

pinhole, Ilford Hp5+, id-11.





wtorek, 14 kwietnia 2015

Wcale nie chodziło nam o Lwów, Tarnopol czy Kijów. Mieliśmy po prostu zamieszkać gdzieś na prowincji, tak zwanej głębokiej prowincji, w jakimś małym miasteczku, w squacie i odtworzyć warunki życia we wspólnocie. Polski mieliśmy już dość, kierunek wschodni wiązał się chyba z sentymentem, ale nie był to sentyment „kresowy”, to była tęsknota za pewną surowością, betonem i nijakością. PRL wniknął w nas tak mocno, że nie mogliśmy się już w tej zmienionej, zabudowanej i coraz ładniejszej Polsce odnaleźć. Tyle że Ukraina leżała po przeciwnej stronie, tzn na Zachodzie, i to był właściwie taki wąski pas pomiędzy Rosją a Rosją, od południa ten rosyjski pas był bardzo wąski, w zasadzie nadbrzeżny, bo dalej rozciągał się ocean. Ale wojna była prawdziwa. I przychodzili agitować. Raz jedni, raz drudzy. Ukraińcy chcieli, żebyśmy przyjęli obywatelstwo ukraińskie. Ruscy handlowali paszportami ruskimi. Odsyłaliśmy ich z kwitkiem. – Po cholerę żeście tu zjeżdżali, skoro chcieliście zachować neutralność? – mawiali. Albo: - Jeśli w jakimś kraju można żyć, to można i za niego umierać – ktoś ewidentnie parafrazował Wojtyłę z „Przed sklepem jubilera”.  Przychodzili, podrzucali jakąś broń, w pokojach znajdowaliśmy podsłuchy. Szykowaliśmy się na najgorsze, odnawialiśmy śluby kościelne w cerkwi. Pamiętam, że na własny ślub z żoną niemal się spóźniłem, bo zatrzymało mnie coś w mieście. Bardzo jakaś symboliczna scena. Tylko nie wiem, co miała symbolizować. Otóż mieszkańcy, ubrani na biało, w białe stroje z lnu wychodzili poza granice miasta i wszystko pokrywali grubą warstwa gorącej smoły. Ulice, domy, nawet łąki i drzewa w sadach. Hektary czarnej, lśniącej i wrzącej czerni. Aż po horyzont.
Po ceremonii okazało się, że we Lwowie czeka na nas rządowy Tupolew, który ewakuuje Polaków z Ukrainy. Żona pojechała w pierwszej grupie. O godzinie planowanego odlotu zadzwoniła do mnie i powiedziała, że została zatrzymana przez ukraińskie służby specjalne za próbę przemytu. – Wszystko przez ciebie! – usłyszałem – przez ciebie utknę w tym kraju na zawsze! Nie wiedziałeś, że nie wolno wywozić aparatów fotograficznych?
-       Ale przecież on był niesprawny – broniłem się.

-       No i właśnie o to chodzi, że niesprawny. Gdyby działał, wszystko byłoby w porządku..

piątek, 3 kwietnia 2015

O ojcach sny

Najpierw Roma śni, że umarłem (nie jest to moment kulminacji, więc resztę snu przepłakuje, odbywa po mnie żałobę). Bardzo podobną historię sam wyśniłem w wieku 7 lat i ona rzuciła cień na życie mojego ojca. To znaczy nie tyle na jego egzystencję, co moją jego egzystencję; mniej więcej od tamtego momentu czułem, że są to dwa różne zjawiska, dwa odrębne byty.
Zaraz potem Li relacjonuje mi swoją oniriadę. Klasyk. Opowieść zaczyna się od momentu oświadczyn. Park, w parku ławka, na ławce dwie dziewczyny, Li i Aju. Ślubują sobie miłość, uczciwość małżeńską etc. Niestety pojawiają się przyzwoici ludzie z ‘Watahy’ (paczka licealna Lidki) i przerywają ceremonię. W następnej odsłonie ja, biedny ale przebiegły ojciec i prowadzę ją do wielkiego, starego domu (sic!), w którym mieszka malarz z matką. Dom jest naprawdę ogromny i zapuszczony, na zewnątrz cały opakowany niczym emballage, w środku grzyb, odpadający tynk, przeciekający dach, w oknach folia zamiast szyb. Facet maluje na tych właśnie foliach, ale jego opus magnum – monumentalny fresk przedstawiający wulkan w trakcie erupcji – jest niedokończony. Na wszelki wypadek (malarz jest młody i przystojny) ubieram Li w kostium potwora z „Labiryntu fauna”, i wysyłam, żeby nauczyła go ucierania czarnego pigmentu z węgla. Po jakimś czasie Li wraca z kamiennym moździerzem w ręce, zrezygnowana, i mówi do mnie – Tato, pigmentu nie da się utrzeć, jego matka nie może oddać krwi menstruacyjnej, bo ma menopauzę. – To daj mu swoją własną – odpowiadam.

Wiedziałem, że łatwo nie będzie. Czasem jednak mam wrażenie, że tak naprawdę to nic nie wiedziałem.